Katedra Świętej Ameryki

Moi koledzy z radiowej Siódemki nadali wstrząsający reportaż. Naprawdę wstrząsający. W kilka dni później opublikowaliśmy w "Dzienniku" szerszy, dokładniejszy materiał dziennikarski, informujący o całej sprawie ze szczegółami. Sprawa jest - jak wspomniałem - wstrząsająca. Mną jednak wstrząsnęło - po raz kolejny - co innego. Całkiem odmienny aspekt wydarzenia.

Otóż - tak reportaż radiowy jak i artykuł w gazecie były na tyle wstrząsające, że wywołały żywą reakcję słuchaczy i czytelników. Jak to bywa w takich przypadkach - jeden chciał nieść pomoc, inny apelował o walkę w obronie. Lub huzia na Józia.

Zadzwonił też jeden pan, emerytowany policjant, z ogólniejszą tezą. "Wszystko śmierdzi" - zdał się twierdzić (podsumowując dłuższą wypowiedź) ów radio-rozmówca. - "A przede wszystkim Ameryka. I amerykańska policja. I amerykański wymiar sprawiedliwości. I amerykańskie więziennictwo. I amerykańskie media. I w ogóle, panie, Ameryka. Śmierdzi."

"I Kanada też" - dodał radiosłuchacz-radiorozmówca.

Racja to, czy nie? Śmierdzi, czy nie śmierdzi? Komu śmierdzi? Szczególnie uczulonym na aromat (moralny, oczywiście)? Czy może wszystkim nam razem i każdemu z osobna? Śmierdzi w sposób oczywisty, czy tylko powinna śmierdzieć, a nie zauważamy, że śmierdzi, bo nam pachnidła w Shopper's Drug Mart wciskają jak nie przymierzając?

Dość tych pytań. Wyraźnie dało się wyczuć z wypowiedzi tak wspomnianego powyżej radio-rozmówcy jak i z wypowiedzi innych komentatorów wydarzenia, że im nie pachnie. Właściwie, to mają swąd w nozdrzach niemal na okrągło. Nie pachną im tu ani lipy, ani gryka jak śnieg biała. A powinny, bo to przecież Ameryka. Nawet jeśli kanadyjska.

Nam, Polakom z Kanady, istotnie - Kanada czy Ameryka pchnie krótko, nie dłużej jak rok po przyjeździe. Potem zaczynają się złudzenia zapachowe. Aż wreszcie - zdecydowany smród.

Wszak miało być inaczej. Skoro Ameryka to, panie, ....Ameryka - miało być inaczej niż w Polsce. Zadręczonej przez komunistów, psikusem historii wciśniętej między Rosjan a Niemców, zdradzonej przez... (długa tu lista, oj, długa!).

Problem, niestety, nie polega na wywietrzeniu Ameryki, usunięciu z niej wszystkich złych i głupich zapachów. Problem polega na tym, że Polacy, naród dumny i niepokorny, na dźwięk słowa "Ameryka" padają na kolana. Tak było w epoce na szczęście minionej, kiedy to można było fascynację Ameryką usprawiedliwiać szarzyzną życia pod jarzmem komunizmu, ale tak też (albo i jeszcze bardziej) jest dzisiaj. Gdyby Ameryka zechciała kiedyś zadeklarować Polskę 51-ym stanem USA, niewiele byłoby kłopotu z urzeczywistnieniem tego pomysłu. Kinematografia amerykańska jest już dzisiaj naczelną strawą duchową mieszkańców Polski (dalece bardziej niż w Anglii, Niemczech czy nawet Australii), coca-cola i hamburgery to już dzisiaj codzienna strawa na polskich stołach, a emocje wynikające ze śledzenia milionowych transferów w lidze NBA (bo kogo by tam interesowały wyniki spotkań!) wzniecają żywy ogień w polskich duszach.

Swoją drogą - ta właśnie fascynacja jest dla mnie całkowicie niezrozumiała. Dlaczego właśnie liga NBA, a nie równie emocjonująca liga australijskiego futbolu?

Polacy od dziesiątek lat pracowicie budują na własny użytek niebotyczną katedrę Ameryki. Chociaż zażegnują się, że to nie tak - w istocie od kołyski do grobu marzą i śnią o Ameryce jako o raju na ziemi. Idealizują wszystko, co amerykańskie. Najlepszy napój - amerykańska coca-cola. Najlepsze kosmetyki - amerykańskie. Najlepsi sportowcy - osiłki któregoś z amerykańskich cyrków zwanych sportem zawodowym. Ameryka - to, Ameryka - tamto.

I rozumują - jak im się wydaje - logicznie. Skoro co najlepsze to amerykańskie, więc co amerykańskie, to najlepsze. Nie tylko hamburgery, ale i sądy. Nie tylko koszykarze, ale i policjanci. Nie tylko samoloty, ale i więzienia.

Aż tu nagle, wraz z rozluźnieniem dławiącego chwytu paszportowego komunistów - nadeszła okazja wejść w bezpośredni kontakt z Ameryką. Nadarzyła się okazja wyjechać, zamieszkać, pracować. A także, jak to w życiu - wchodzić w konflikty z prawem. I wówczas okazuje się rzecz zadziwiająca: Ameryka jawi się jako normalne państwo. Normalne społeczeństwo. Pełne ludzi mądrych i przedsiębiorczych, lecz nie z takich przecież w masie swej składające się.

Okazuje się, że w Ameryce - jak w każdym innym kraju na świecie - są złodzieje i kutwy, oszuści i sprzedawczycy, bandziory i łobuzy. Jak również ludzie mali i niekompetentni, głupi i leniwi, podli i zaślepieni. A na dodatek - są w tej Ameryce także ludzie myślący o tym świecie nieco inaczej niż Polacy. Ludzie o innych poglądach, innym kodeksie moralnym.

Jeżeli natkniemy się na swej drodze na faceta o innym światopoglądzie, który jeszcze na dodatek szkoły nie ukończył, nigdy w życiu ze swojego Tenessee czy Idaho nie wyjechał, który dni spędza na piciu piwa lub biciu żony - katastrofa gotowa.

Katedra Świętej Ameryki trzęsie się w posadach.

Kłopot w tym, że tę katedrę nie Amerykanie, ale Polacy zbudowali. I jeżeli ma ona nietrwałe fundamenty, to próżny wysiłek obwiniać o to Amerykanów.