O misiu!
Proszę Państwa, oto miś.
Miś jest bardzo grzeczny dziś.
Chętnie Państwu łapę poda...
Felietonistyka to nieco odmienny rodzaj dziennikarstwa. Reporter
opisuje, co widział, słyszał, dowiedział się od ludzi. Ewentualnie
- w jaką dziurę wpadł, jak boleśnie oberwał po uszach. Depeszowiec
- przepisuje, przerabia, skraca i dopisuje objaśnienia do tego,
co wyczytał w depeszach agencyjnych. Uzupełnia informacjami z roczników
statystycznych i atlasu. Czasem - poprawia i uzupełnia szczegóły
nieco zniekształcone lub przeoczone przez reportera czy "stringera",
któremu akurat zdarzyło się być na miejscu ciekawego lub istotnego
wydarzenia. Publicysta - długo myśli, sprawdza, konsultuje się,
zbiera poglądy i koncepcje, by wreszcie usmażyć z tego materiału
wyjściowego ważny i mądry artykuł o istotnym znaczeniu dla światopoglądu
i zasobu informacji czytelnika.
Tylko felietonista - jak poeta, lub też jak stary nudziarz na imieninach
u cioci Wandzi - plecie, co mu ślina na język przyniesie, tłumacząc
się refleksjami, skojarzeniami, impresjami. Ani to szczegółowe,
ani przemyślane, brak jego pisaninie głębi i wagi...
Czyżby?
To prawda, że do pisania felietonów nie jest konieczna głęboka
i szczegółowa wiedza polityczno-społeczno-gospodarcza, ani też para,
która pozwala dotrzeć tam, gdzie nawet wzrok codziennego czytelnika
nie sięga. Prawdą jest jednak zarazem, iż nie taka rola felietonisty.
Felieton ma być lekki, zwiewny, pozornie nieistotny. Ot - listek
na wietrze (z francuskiego: feuille - liść). Wiruje z wiatrem, by
w końcu spaść u czyichś stóp. Może ktoś go podniesie, obejrzy, dostrzeże
unikalny kształt.
Felieton, proszę Państwa, jest bowiem najbardziej osobistą formą
uprawiania dziennikarstwa. Felieton nie świadczy o politykach, ani
o zachodzących w społeczeństwie procesach gospodarczych. Nie zajmuje
się faktami, o których dowiedzieć się można (w skrócie) z telewizyjnego
dziennika. Przedmiotem zainteresowania felietonu (a więc i felietonisty)
jest zagadnienie: i co z tego faktu wynika? Jak to rozumieć?
Byłoby łatwiej, gdyby na tego rodzaju pytania istniała obiektywna
odpowiedź. Gdyby było absolutnie pewne i oczywiste, iż nie należy
strzelać do ludzi tak jak nie należy przechodzić przez skrzyżowanie
ulic na czerwonym świetle. Gdyby nie istniała jakże przydatna na
co dzień fraza: No, chyba że...
Chyba, że w słusznej sprawie strzelamy. Chyba, że przechodzimy
przez ulicę wymykając się samochodom gonieni pilną potrzebą. Chyba,
że oszukujemy, kradniemy, łupimy - bo tamci mają więcej niż ja.
A felietonista łapie owo słówko "chyba", obraca je w
palcach i pokazuje je tym, którzy chcą poświęcić kilka minut na
obejrzenie okazu. Ponieważ felietonista nie jest nauczycielem -
nie poucza. Ponieważ nie jest oficjalnym strażnikiem sumienia -
nie grzmi z ambony. Skoro nie jest sędzią - nie feruje wyroków.
Ot, pisze felieton.
Pisze felieton zaczynający się od słów: "moim zdaniem,..."
albo "ja uważam, że..." i tylko drukarnia czasem nie wydrukuje
owego wstępu, bo to już przecież było w poprzednim numerze. Felietonista
przypomina dziecko z bajki o nowych szatach króla.
Tyle, że skoro mówi od siebie, mówi też siłą rzeczy o sobie. Pisząc,
że król jest nagi, sam obnaża swoją nagość. Prezentując pokrzywione
myśli i poglądy innych ujawnia niedoskonałość i subiektywizm swoich
przemyśleń i opinii. Jeśli piszę z dezaprobatą, że mój znajomy pan
Karol oszukuje na podatkach, to jednocześnie przyznaję się, iż wiem
doskonale o owym oszustwie i jedyne, na co mnie stać, to wykorzystać
je jako temat do felietonu.
Nic więc dziwnego, że losem felietonisty jest przewrotne dokończenie
wierszyka, od którego zacząłem ów felieton:
...chętnie Państwu łapę poda.
Nie chce podać? Co za mina?
W mordę misia s...syna.
|