Reklama dźwignią kultury!
Wszystkim wiadomo, że pierwszą książką, jaka w dziejach Europy
zeszła z prasy drukarskiej pana Gutenberga, była Biblia. Stawiam
tezę, że - jeśli kiedyś cywilizacja druku dobiegnie kresu - ostatnią
wydrukowaną książką będzie katalog jakiejś firmy, oferujący niebywałe
oszczędności.
Na temat komercjalizacji kultury napisano już znacznie więcej niż
spłodził Bard z nad Avonu, niejaki Szekspir. Nie bardzo mam ochotę
włączać się do tego żałosnego chórku. Wiadomo, że niczego nie zmienię.
Proponuję jednak krótką i niewiążącą refleksję nie tyle o komercjalizacji
kultury, co o komercjalizacji jej odbiorcy.
Takie już są realia ekonomiczne: jeżeli chcesz, artysto, tworzyć
materię kulturalną - ktoś musi ponosić koszta tej działalności.
Nie jest to zresztą wymysł końcówki XX wieku; tak bywało od czasów
starożytnych. Nawet architekt piramidy potrzebował faraona, który
podpisze czek na kamienie i niewolników. A Buonarotti nie wymalował
sklepienia kaplicy Sykstyńskiej za paczkę ziemnych orzeszków i nie
zafundował z własnej kieszeni farb i tynku. Niewiele więc pod tym
względem zmieniło się.
A jednak - coś uległo zmianie. Raz za razem w dziejach świata ktoś
wyrzucał (mówiąc przenośnie) kupców ze świątyni, a inicjatywa owa
spotykała się najczęściej z aprobatą elektoratu. Końcówka XX wieku
to - moim zdaniem - pierwszy okres w dziejach, gdzie komercjalizacja
kultury witana jest przez kultury tej odbiorców z zadowoleniem,
ochotą, radością...
Spoglądając na najlepiej sobie znane podwórko prasoznawcze: wydawnictwa
prasowe i czasopiśmiennicze nigdy i nigdzie nie były wolne od wpływów
komercji. Takie realia: druk czasopisma jest przedsięwzięciem kosztownym,
opracowanie materiałów do druku - jeśli ma być prowadzone na jakim-takim
poziomie - kosztuje znacznie więcej. Nie ma rady - ktoś musi pokryć
koszty tej inicjatywy.
Można więc szukać bogatego sponsora, który zrozumie głębsze znaczenie
swych wydatków, albo można koszty rozłożyć na wielu sponsorów (zwanych
reklamodawcami). Tyle, że każdy z nich chce wypaść jak najlepiej,
chce, by jego sponsorstwo zostało zauważone w natłoku konkurencji.
Komercja rywalizuje więc z własnymi konkurentami na łamach pism
i gazet rozmiarami reklamy lub hojnym zastosowaniem koloru, albo
też wymyślną treścią. W efekcie - albo (jak w niektórych wydawnictwach
polonijnych) klient kupujący gazetę dostaje do ręki obszerny wybór
reklam z lekka przyprószony materiałem stanowiącym istotę czasopisma.
Albo też - przebijamy się przez wymyślną formę, by w końcu stwierdzić,
że w jej sednie znajdujemy zaledwie miałką i niezbyt odkrywczą treść
- kup pan tę cegłę!
Przebijanie się przez masę reklamową wymaga wysiłku fizycznego.
Zrozumienie, że ten czy ów artykuł nie jest naprawdę artykułem,
lecz krypto-reklamą - wymaga wysiłku umysłowego. A o świeżość umysłu
niezbędną dla tej pracy coraz trudniej w zabieganym i z obłędem
w oczach goniącym w XXI wiek świecie.
Rezygnujemy więc z myślenia, zastanawiania się, analizy i kupujemy
kota w worku, z głębokim przekonaniem, że to najprawdziwsza pantera.
Jakiś czas temu znakomita firma wódczana Absolut zaoferowała sponsorowanie
konkursu literackiego na dowolny temat, byle opowiadanie zawierało
chociaż jedno odniesienie do oszałamiającego produktu owej firmy.
Konkurs został przyjęty przez twórców z zainteresowaniem i spotkał
się z uznaniem odbiorców. Protesty, że to komercjalizacja literatury,
pobrzmiewały bardzo cicho. A czytelnicy czasopisma "Saturday
Night", na którego łamach rezultaty konkursu opublikowano,
byli w gruncie rzeczy zadowoleni, że cała inicjatywa tak świetnie
wypadła. "Absolut" się zareklamował, a kanadyjska literatura
współczesna wzbogaciła się o kilka świetnych (naprawdę!) opowiadań.
Realia życia.
Boję się tylko, że ktoś odczyta mój felieton jako atak na świat
biznesu, na zjawisko reklamy i na dobrą wolę reklamodawców. A wówczas
kto zapłaci moje honorarium?
Tak więc, chociaż mój felieton nie ma ambicji stawać w szranki
z dziełami współczesnej kultury literackiej, pijcie, drodzy czytelnicy,
wódkę "Absolut", jeśli już macie w ogóle pić wódkę. Jedzcie
świetne produkty firmy "Tomek". Kupujcie tylko u pana
Stasia. Czyście zęby u doktor Agaty. Finansujcie z panem Leszkiem.
Lataj Lotem. Coca-cola to jest to.
I czytajcie moje felietony.
|