Tatuś poczeka
Jeden z mniej znanych i popularnych filozofów stwierdził onegdaj,
że ma niepodważalny dowód na istnienie nieskończoności w przyrodzie.
Dowodem tym jest cynizm i głupota ludzka. Na przykład polityków.
Różne można wymieniać "szczyty" owej politycznej beztroski,
ale na jedno z czołowych miejsc do kolekcji wpisuje się w moim odczuciu
pani minister sprawiedliwości (hmmm!) Kanady, Anne McLellan. Kilkaset
tysięcy osób w Kanadzie ma szczery zamiar zrobić, co w ich mocy,
by pozbawić ją w kolejnych wyborach mandatu poselskiego i muszę
przyznać, że z olbrzymią radością przyłączam się (wbrew moim zasadom
samotnika) do tej licznej grupy. Im szybciej ta cyniczna baba zniknie
z areny społecznej kraju, tym prędzej polityka kanadyjska uczyni
krok w prawidłowym kierunku. Niestety, za babskiem stoi sprawna
aparatura Partii Liberalnej i będzie można panią minister odesłać
gdzie należy dopiero razem z jej mentorem, premierem Chretienem.
A tymczasem...
Dlaczego moja polityczna dusza wyje na wspomnienie tej baby niczym
stado wilków? Wyjaśnienia zacząć wypada od stwierdzenia, iż pewien
zakres prawodawstwa kanadyjskiego zasługuje na epitet "średniowieczne".
A właściwie to nawet w średniowieczu - wbrew powszechnie panującym
poglądom - czegoś takiego nie było. Mam na myśli kanadyjskie ustawodawstwo
rodzinne.
Życie, jak wiadomo, nie jest bajką. Para ludzi zakładająca rodzinę
może popełnić błąd. Po kilku latach - bywa - okazuje się, że to
nie to, o co chodziło. A skoro żyjemy w epoce powszechnego zadowolenia,
dążenia do indywidualnego szczęścia, pełnego rozwoju osobowości,
i tak dalej - coraz częściej (jak mówią statystyki) cała sprawa
kończy się rozpadem rodziny i rozwodem. Bywa.
Najczęściej jednak na bruku zostają nie tyle pan i pani, co także
dziecko (dzieci). Niczemu nie winna istota ludzka, której świat
nagle rozpada się na dwie części.
Ha. Trudno. W tej smutnej sytuacji można zrobić jedno: uczynić,
co się da, by dziecko miało mniej więcej równy kontakt z obojgiem
rodziców. Wszak - co nie jest tajemnicą dla nikogo - i ojciec i
matka coś dziecku dają, prawda? Według pani minister - nieprawda.
Kilkanaście lat temu, pod wpływem propagandowej kampanii feministek,
przekonanych iż doskonale poradzą sobie z całym światem bez udziału
mężczyzn, parlament w Ottawie uchwalił serię ustaw prawa rodzinnego.
Ustawy te nie mają (naprawdę!) precedensu w dziejach prawodawstwa
co najmniej od czasu starożytnego Egiptu. Jeśli wczytać się w literę
kanadyjskiej ustawy rozwodowej z roku 1985, lub tzw. ustawy praw
dziecka - albo jeśli zasięgnąć w tej sprawie opinii fachowców-prawników
- dowiemy się, iż to z rodziców, które sprawuje opiekę nad dzieckiem
(niemal w stu procentach przypadków: matka) ma praktycznie wyłączne
prawo decydowania o wszystkim. Łącznie z uniemożliwieniem jakichkolwiek
kontaktów dziecka z rodziną drugiego z rodziców. Nawet sąd i policja
są tu bezsilne. Jak się baba uprze....
Owe ustawy z lat osiemdziesiątych zostały tak właśnie sformułowane,
bo akurat wówczas wiele się w kanadyjskich mediach mówiło (i to
głośno) o przypadkach tzw. przemocy w rodzinie. Gazety publikowały
poruszające serca reportaże o maltretowanych żonach. Telewizja utrwalała
w oczach widzów obraz brutalnych gwałtowników. Radio przepełnione
było płaczem poszkodowanych niewiniątek.
Parlament zareagował ostro i zdecydowanie. Uchwalił serię ustaw,
które miały naprawić ów popsuty przez brutalnych mężczyzn świat.
Gdy opadła fala emocji, a hojnie obdarzeni przez naturę społeczną
wrażliwością reporterzy znudzili się tematem i zabrali się - dajmy
na to - za ochronę małych białych foczek, było za późno. Prawo zostało
wyryte w kamieniu, chociaż co trzeźwiejsi fachowcy (policja, pracownicy
służb społecznych, lekarze, psychologowie, doradcy rodzinni, prawnicy)
ostrzegali, że sprawa nie jest taka prosta. Że przypadki maltretowania
kobiet nie są tak nagminne, jak by to wynikało z artykułów prasowych.
Że niemal równie często zdarzają się przypadki maltretowania mężczyzn
przez żony. Że nie tędy droga.
Za późno. Pod naciskiem robiących wielką polityczną karierę feministek
weszło w życie prawo, które praktycznie oddaje nieograniczoną władzę
nad dzieckiem jednemu z rozwiedzionych rodziców, pozbawiając drugie
jakiegokolwiek wpływu na życie syna czy córki.
Oczywiście - zaczął się proces odkręcania wyrządzonego zła. Powstały
masowe organizacje poszkodowanych (liczą dziś w sumie ponad 400
tysięcy członków) - przede wszystkim ojców, którym odebrano możliwość
wywierania wpływu na wychowanie ich dzieci. A wcale nie tak rzadko
- możliwość jakiegokolwiek kontaktu z własnym potomstwem. Od czasu
do czasu jakiś pozbawiony prawa widywania się z ojcem chłopak z
Calgary urządzi pod gmachem sądu głodówkę...
Powoli narastała świadomość, że "naprawiacze świata"
niedoskonałą sytuację w dramatyczny sposób jeszcze pogorszyli i
że trzeba teraz ową poprawkę poprawić. Apele, zebrania, listy, materiały
informacyjne, raporty, kampanie, wiece, spotkania grup samopomocy,
biuletyny. Gromadzenie środków i argumentów. Wreszcie - wymuszono
na komisji prawnej parlamentu dwuletnią rundę konsultacji społecznych
w całym kraju.
Konsultacje odbyły się. Komisja wysłuchała, rozważyła, przedyskutowała,
zasięgnęła rady znających zagadnienie fachowców. Komisja siadła
i starannie opracowała raport zawierający zalecenia konkretnych
zmian w obowiązujących ustawach. Raport, zgodnie z procedurą, skierowano
do rządu (czytaj: ministerstwa sprawiedliwości kierowanego przez
panią minister Anne McLellan) w celu podjęcia inicjatywy ustawodawczej.
Czytaj - poddania pod głosowanie parlamentu projektu nowelizacji
ustaw.
A pani minister chyba nawet raportu nie przeczytała. Wyszła któregoś
dnia ze swego gabinetu i oświadczyła po prostu: potrzebna jest kolejna
runda konsultacji.
Obowiązująca procedura parlamentarna sprawia, że po owej jednoosobowej
decyzji pani McLellan nowelizacja prawa rodzinnego w Kanadzie może
więc być znowu tematem debaty w parlamencie w Ottawie nie wcześniej
niż w maju 2003 roku.
No i co? Jeśli uwzględnić cynizm i bezczelność pani minister Anne
McLellan: istnieje nieskończoność w przyrodzie?
|