Myślenie ma kolosalną przeszłość
Pewnik numer jeden, którego mnie nauczono wkrótce po moim przyjeździe
do Toronto, brzmi: Polak jest zawsze mądrzejszy od głupiego Kanadola
(tak jeszcze wtedy mówiono na "molsonów").
Pewnik numer dwa natomiast brzmi: jeżeli wyczytałeś coś w gazecie
(najlepiej - w "Toronto Star") to jest to informacja niemal
równie pewna jak słowo Pisma Świętego.
Pewnik trzeci zaś sprowadza się do prostej zasady życiowej: należy
dbać o swe zdrowie, bo nikt inny o nie nie zadba.
Wdałem się w głęboką i wielce pouczającą konwersację z panią Haliną
(adres nie znany redakcji i niech tak już zostanie). Wielce sobie
cenię rozmowy z tą panią, jest to bowiem osoba wykształcona ("Na
dobrym polskim uniwersytecie, niech pan sobie nie myśli, a nie w
jakiejś kanadyjskiej szkole, gdzie to dają, proszę pana, dyplomy
już po trzech latach nic nie robienia. Ja, panie redaktorze, musiałam
na swój dyplom polonistki ciężko pracować całe cztery lata!").
W Kanadzie pani Halina dalszych nauk nie pobierała, ale interesuje
się najnowszymi informacjami, gazetę angielskojęzyczną pilnie czyta
(chociaż czasami narzeka na tych kanadyjskich redaktorów, bo używają
słów, których nie ma w jej dobrym starym słowniku kupionym jeszcze
na lekcje "u metodystów").
Pani Halina nie tylko interesuje się, tym co w gazecie pracowicie
wyczyta, ale i rozpowszechnia owe informacje wśród znajomych. A
że nie zalicza się już ona - ani krąg jej znajomych - do polonijnej
młodzieży, ze szczególną skrupulatnością pani Halina wyszukuje i
rozpowszechnia (niemal dokładnie!) wszelkie informacje dotyczące
naszego zdrowia, sposobów jego ochrony i metod, jakimi możemy zdrowia
owego trochę sobie dodać, albo przynajmniej jakiejś jego części
nie roztrwonić niepotrzebnie.
I tak na przykład pani Halinie znaczna ilość osób zawdzięcza dużo
(może i życie nawet!), bowiem kilka lat temu - wszyscy to chyba
pamiętamy! - podniosła ona jakże skuteczny alarm i ostrzegła nas
przed jedzeniem kalifornijskich truskawek, kiedy to właśnie okazało
się, iż obrzydliwi amerykańscy sadownicy pryskają owoce jakąś śmiercionośną
trucizną. Pani Halinie i jej błyskawicznej akcji telefonicznej zawdzięczamy,
że nikt z nas owymi truskawkami z trupią główką nie zatruł się na
śmierć, albo - jak powiedziała pani Halina - coś gorszego.
Najnowsza moja konwersacja z panią Haliną dotyczyła właśnie chemii
i chemicznych dodatków do żywności. Otrzymałem całą długą listę
substancji o obrzydliwie chemicznych i skomplikowanych nazwach,
które pozbawieni sumienia kanadyjscy wyzyskiwacze dodają do sera,
soków, kartofli i nie pomnę już czego. "A to przecież sama
śmierć!"
Powinienem właściwie listę tę opublikować poniżej, w charakterze
dopisku do felietonu, ale wówczas nikt nie przeczytałby felietonu.
A poza tym redakcja upiera się, by płacić mi ciężkie pieniądze za
tę pisaninę, i to jeszcze w zależności od ilości słów, więc nie
mogę czasopisma bankrutować.
W każdym razie, proszę PT Czytelników, powołuję się na autorytet
pani Haliny i ostrzegam: nie jeść niczego, co zawiera lakmofihjozuhpaninę,
dwutlenek paoaniahilyzonu, albo amrniahoidek lajlakhowipyzyniny.
Albo też kolindufaniny. Dokładnie nie pomnę, więc na wszelki wypadek
proszę nie jeść (nie pić, nie wdychać, nie zażywać - niepotrzebnego
nie skreślać), niczego, co samą nazwą przypomina lekcje chemii.
Tak byłem zasłuchany w ważkie ostrzeżenia pani Haliny, że zapomniałem
o obowiązkach gospodarza. W końcu otrząsnąłem się i zapytałem, czy
w tak upalny dzień zechce ona może napić się czegoś zimnego i przedstawiłem
jej do zatwierdzenia listę puszkowanych napojów zalegających moją
lodówkę.
Po starannym oglądzie sytuacji, pani Halina wybrała "mrożoną
herbatę" (Ice Tea), bo - jak oświadczyła - tylko na tej puszce
dostrzegła literki: DIET.
Zdębiałem do reszty. Zamurowało mnie. Ręka przymarzła mi do półki
w lodówce. DIET? Pani Halina? Przeciwniczka chemicznych dodatków
do żywności?
Na wszelki wypadek sprawdziłem raz jeszcze, ale stało jak byk:
No preservatives, no artificial colouring, NO SUGAR. A skąd ów słodkawo-mdły
smak? Oczywiście, dzięki dodanemu do napoju "słodzikowi".
Czyli - całkowicie sztucznej, wymyślonej w laboratorium chemicznym
substancji.
Patrzyłem na panią Halinę, jak wlewa sobie do gardła ową rozpuszczoną
w wodzie substancję chemiczną, a pod czaszką kołatał mi już mało
śmieszny, ale za to bardzo stary dowcip, jak to pani w szkole wyrzuciła
Jasia z lekcji, bowiem (ekskjuze le mo) puścił w klasie bąka. Jasio
chodzi po korytarzu, drapie się w łepetynę i powtarza głośno sam
do siebie:
- Gdzie sens, gdzie logika? Gdzie sens, gdzie logika?
- O co ci chodzi, Jasiu? - pyta pan woźny.
- No, bo widzi pan, oni tam siedzą w smrodzie, a mnie na świeże
powietrze wyprosili. Gdzie sens, gdzie logika?
Los wyrzucił panią Halinę na świeże kanadyjskie powietrze, ale
ona - zamiast pójść w ślady Jasia, podrapać się w łepek i pomyśleć
- chodzi po prostu i powtarza ludziom to, co czasem bardziej a czasem
mniej dokładnie wyczytała w "Toronto Star".
|