Łapacze gnid
Zawód dziennikarza ma wiele uroków. Inaczej nie parałbym się nim
przez tyle lat, a już szczególnie w niewdzięcznych i nie dochodowych
warunkach dziennikarstwa polonijnego. Zawód dziennikarza ma jednak
zarazem trochę stron nieprzyjemnych. Jedna z nich na przykład, to
konieczność pracy wtedy, kiedy inni odpoczywają (w niedziele i święta).
Inna - to okazjonalne kontakty z odbiorcami dziennikarskiej treści,
których (kalkując z języka angielskiego) nazywam sobie po cichu
"łapaczami gnid".
Siedzi taki to właśnie "łapacz gnid" przy radioodbiorniku,
telewizorze lub lampce oświetlającej mu kolejne wydanie czasopisma
i łapie. Gnidy łapie. Spokojnie i bez zmącenia świadomości pomija
to wszystko, co dziennikarz starannie przygotował dla jego konsumpcji,
a koncentruje się na łapaniu gnid. Na drobnych szczegółach, na okruchach
informacji, na fragmentach zdań i słów. Całość umyka jego uwadze,
bowiem czujne oko "łapacza gnid" wpatrzone jest w mikroskopijną
gnidę.
Powołałem się ostatnio w jednej z wiadomości na depeszę agencji
z Halifaksu. Sprawa nie była istotna ani wstrząsająca, ale wydała
mi się ciekawa. Pewien lokator pewnego mieszkania w pewnym mieście
pewnej prowincji wyprowadzając się z lokalu pozostawił po sobie
"sublokatora". Był nim wąż. Agencyjna depesza informowała
jak byk: wąż z gatunku "West African boa". Trudno było
między jedną depeszą a drugą skoczyć do Nowej Szkocji i na miejscu
sprawdzić gatunek węża. Zajrzeć mu pod ogon? W paszport? A co jeśli
moja wiedza wężologiczna okaże się nie wystarczająca?
Pozostawiłem więc sprawę jej dalszemu losowi, upewniając się tylko
na wszelki wypadek za pośrednictwem sieci Internet, owego skarbca
informacji potrzebnych i takich sobie, że jest coś takiego jak afrykański
wąż z rodziny boa. Albo bywa. W Afryce i nie tylko. Kolekcjonerski
rarytas, jak nie przymierzając afrykańskie maski obrzędowe.
Ledwo zamknąłem usta przed mikrofonem, już odezwał się mój ulubiony
"łapacz gnid". Wiadomość o beztroskim najemcy lokalu pominął
milczeniem. Ale pracowicie zwrócił mi uwagę, że węże boa żyją w
Ameryce, i to Południowej, a nie w Afryce. Wyjaśniłem sprawę na
falach "Radia 7", powołując się na depeszę i encyklopedię,
ale uparty "łapacz gnid" nie darował i nadal - cytując
inne encyklopedie - upierał się przy Ameryce, zresztą Południowej.
O co my się tu kłócimy? Pal sześć węża boa z Afryki czy Ameryki
w jego za długi ogon! Obiecałem sobie nie wracać do tematu węży
boa, skoro ich pochodzenie jest sprawą tak drażliwą w środowisku
torontońskiej Polonii.
Inny "łapacz gnid" zaalarmował na łamach "Dziennika",
że pani doktor Russ nie umie po polsku. Przyjechał właśnie z Polski
i załamał się. Jak to my tu na tej emigracji nie dbamy o szlachetną
czystość języka! Jaki to skandal, że reportaż telewizyjny rozpowszechnia
łamaną polszczyznę pani doktor!
Gorączka antygnidowa mną zatrzęsła. Nie znam pani doktor Russ i
nie mam pojęcia, jak swobodnie mówi ona po polsku. Wiem natomiast,
jakim szacunkiem cieszy się w obecnej dobie czysta polszczyzna w
Warszawie i okolicach. Doskonale pamiętam zalew pseudo-angielszczyzny
z ulic tejże Warszawy, Krakowa, Koluszek i paru innych miast i miasteczek,
jaki przyprawił mnie o głęboką zadumę w trakcie mojej ostatniej
wizyty w Polsce.
I oto "łapacz gnid" świeżo przybyły z tejże Polski czuje
się upoważniony i usprawiedliwiony łajać nas, Polaków z Ontario,
za nieświeżość i nieczystość polszczyzny? Medice, cura te ipsum
- jak mawiali czystą polszczyzną przejęci sprawą patrioci spod znaku
kontusza.
A tylko zwięzłej formie felietonu zawdzięczają PT Czytelnicy brak
w tym miejscu dłuższej fachowej rozprawy (ma się ten uniwersytecki
dyplom z zakresu językoznawstwa, panie J.W.!) na temat dialektologii,
cech gwar i dialektów oraz walorów, jakie do języka wnosi różnorodność
frazeologiczna, leksykograficzna i fonetyczna.
A dla pani doktor Russ uprzejme w tym miejscu podziękowania za
inicjatywę organizacji balu dobroczynnego na rzecz polskich sierot.
Nawet jeżeli pani doktor nie potrafi sformułować ani jednego poprawnego
zdania w języku polskim. Jestem pewien, że polskie sieroty jej to
wybaczą.
Takie to są właśnie uroki zawodu dziennikarskiego. Zaczynając w
nim swoją karierę, niemal wszyscy z nas mieli nadzieję, że w minimalnym
chociaż stopniu przyczynią się do poprawy stanu rzeczy na tym najpiękniejszym
i najniedoskonalszym ze światów. Że coś z siebie ludziom dadzą.
Że na coś istotnego zwrócą uwagę, by nie umknęło w natłoku innych
ważnych wydarzeń. Że zabawią, rozśmieszą, zaciekawią, rozpalą na
chwilę płomyczek wyobraźni. Ubarwią dzień, godzinę, minutę, ulotny
moment.
A tu wychyli się zza węgła kolejny "łapacz gnid" i wrzaśnie
na całe gardło: "Mniejsza o sieroty! Proszę uważać na końcówki
gramatyczne!"
Albo: "Panie, ten wąż nie ma ogona!"
Ma, szanowny łapaczu. Wyłącznie ogon. I sugeruję, by pozbył się
pan nawyku oglądania węża od ogona, zaglądania mu w paszport i rodowód.
Sugeruję, by zwrócił pan chociaż część uwagi na jego jadowity łeb.
(Pod warunkiem, że nie jest to wąż boa, który - jak informują niektóre
przynajmniej encyklopedie, nie jest jadowity jak najbardziej). Bo
ugryzie.
Waga zagadnienia spoczywa bowiem w tym, że łapiąc dziennikarskie
(i nie tylko!) gnidy, marnujemy czas na drobnostki, a uchodzą naszej
uwadze sprawy znacznie istotniejsze. Ścigamy chimery, łapiemy gnidy,
a nie przejmujący się drobiazgami sąsiedzi wykorzystują okazje.
Na tych okazjach zaś często budują sukcesy, których przychodzi nam
potem zazdrościć. Rozczulamy się wówczas nad okrucieństwem i niesprawiedliwością
losu, który nam, ekspertom w zakresie gnid, każe pożyczać pieniądze
od takiego głupka, który węża z Antarktydy nie odróżnia od arktycznego.
I nic nam na tę zazdrość i na to rozczulenie nie pomoże wspaniała,
bogata, obfita i świetnie udokumentowana kolekcja wyłapanych gnid.
|