Szczekanie pieska spod stołu

Moja niechęć do psów nie jest może powszechnie znana, ale w każdym razie wie o niej grono najbliższych członków rodziny i znajomych oraz pewna liczba co uważniejszych czytelników na tym kontynencie. Tak, proszę państwa - na kontynencie. Ostatnie podrygi dwudziestego wieku to czas, w którym ja coś tam sobie wystukam na mojej torontońskiej klawiaturze, a produkt tego stukania pojawi się w druku we wszystkich polskich sklepach Toronto, Mississaugi i Hamiltonu, by w chwilę później przepoczwarzyć się w elektroniczny tekst na sieci Internet, skąd z kolei (za zezwoleniem autora!) powieli go czasopismo z Nowego Jorku, by Polonusy na Manhattanie też mogli zorientować się, co o psach sądzi redaktor Jacek Kozak z Toronto. A w kilka dni później zainteresowane tematem miłe panie ze stanu Oregon (proszę spojrzeć na mapę - ale daleko!), rozbawione lekkim i humorystycznym ujęciem tematu (że nie wspomnę o głębi refleksji) skopiują i powielą w nieoficjalnym obiegu.

Jeszcze chwila, a psy wszelkiej maści i temperamentu zwołają zjazd, by naradzić się nad dalszym postępowaniem w świetle kryzysu. Wywołanego, oczywiście, przez wybitnego komentatora i felietonistę polonijnego. Z Toronto. Przez postać znaną i cenioną na całym kontynencie.

Śmiechu warte - prawda?

A jednak...

Wracając do psów - mierzi mnie w nich wiele (łącznie z faktem, że niegdyś w Paryżu ostrzeżono mnie przed włóczęgą po paryskich ulicach połączoną z oglądaniem zabytków; spacerując po Paryżu należało patrzeć pod nogi, by w coś nie wdepnąć, a nie na paryskie zabytki, by czegoś doświadczyć.) Najdokuczliwsze jest jednak szczekanie. A już zupełnie nie do zniesienia jest dla mnie - szczekanie małego pieska spod stołu.

Czy zauważyli państwo - im mniejszy piesek, tym bardziej zjadliwe jego ujadanie? Czym mniej ma do wniesienia w naszą wspólną rzeczywistość - tym częściej, głośniej i zażarciej szczeka?

Ciekawe zjawisko.

Może - gdybym nie był człowiekiem tak okrutnie leniwym - zabrałbym się za akademicką kynologię i po latach żmudnych studiów nad psim szczekiem opracował ogólną teorię zajadłości (psiej). Szacowna akademia w Sztokholmie czym prędzej ustanowiłaby nagrodę Nobla w dziedzinie psiarstwa i byłbym sławny (oraz bogaty).

Niestety. Wrodzone (a po części i - nabyte) lenistwo udaremnia owe marzenia. Pozostaje na skromnych łamach polonijnej felietonistyki wywnętrzać się na psie ujadanie. To spod stołu.

Jest to właściwie zjawisko dość zabawne. Na dowolnym forum - czy to rodzinnej kolacji, czy międzynarodowej konferencji - wypowiadają się na jakiś temat ludzie, którzy mają coś w tej materii do powiedzenia. Ścierają się poglądy. Dochodzi do wymiany zdań i opinii. Padają przykłady, wzbogacające archiwa wiedzy i znajomości tematu uczestników.

A wtem - spod stołu dochodzi zaciekły jazgot. Mały piesek, nie mający pojęcia o istocie sprawy, też "zabiera głos". Najpierw - głośno i donośnie. Najczęściej skutek jest niewielki. Wszak uczestnicy debaty są jeszcze "na fali", jeszcze im się wydaje, że do czegoś dążą, że coś zaraz osiągną, coś ustalą, coś dla powszechnej korzyści załatwią. Piesek jednak szczeka nadal. Głośniej i głośniej. Ktoś - dla ratowania dynamiki dyskusji - próbuje pieska uciszyć...

To poważny błąd. Skoro szczekanie odniosło już jakiś skutek, skoro ktoś pieska zauważył - trzeba szczekać dalej. Głośniej. Zajadlej.

Debata na dowolny temat zostaje na chwilę zawieszona. Trzeba najpierw uciszyć pieska, by móc ją kontynuować. Kolejni uczestnicy debaty zostają wciągnięci do realizacji najpilniejszego w tym momencie zadania - likwidacji zakłóceń spowodowanych przez pieska spod stołu. Ktoś sięga ręką, by pogłaskać; inny - rzuca jakiś smakołyk.

Piesek - zadowolony z wywołanej reakcji - ujada tym głośniej i zacieklej.

Kolejni uczestnicy debaty zniżają się do poziomu pod stół. Początkowo - by uciszyć szczeniaka i móc kontynuować istotną debatę. W miarę narastania psiej szczekaniny kolejni uczestnicy debaty zniżają się do poziomu dywanu. Ciekawe i pouczające wypowiedzi pojawiają się coraz rzadziej, temperatura debaty spada, jej wartość i pożyteczność gaśnie. Dyskusyjna energia i zapał przeradzają się w zdenerwowanie psim ujadaniem. Wreszcie - nikt już nie ma głowy ani ochoty do kontynuowania dyskusji.

A piesek - zadowolony z osiągniętego celu - siedzi pod stołem i z tym większym zadowoleniem z siebie szczeka.

Zupełnie jak....