Wyżej - dalej - drożej

Tadeusz ma kota. Niektórzy zaś twierdzą, że dwa. Realny, materialny, jak najbardziej zwierzęcy kot Tadeusza, Maciej, to zwykłe, niezbyt sympatyczne (Uwaga! Ja naprawdę lubię koty!!!) zwierzę, rozpieszczone do granic wytrzymałości ludzkiej (i kociej) natury. Za jakieś bliżej nie określone przeszłe zasługi Tadeusz przyznał Maciejowi wszelkie przywileje na terenie ich domu. Kotu wolno wszystko i nic nie jest winą kota. Wokół kota kręci się świat. A że jest to stworzenie niemal całkowicie pozbawione własnej kociej inicjatywy - wszystko, co ma miejsce w domu Tadeusza, musi odbywać się po uwzględnieniu interesów, preferencji i wygody Macieja.

To w najogólniejszym zarysie Tadeuszowy Kot numer Jeden. Kot Numer Dwa to (zdaniem niektórych przynajmniej) dla Tadeusza jego zawodowa kariera. Z Polski Tadeusz przywiózł niewiele, poza chęcią dostatniego i wygodnego życia. Kanada była dla niego prawdziwą okazją. Zmienił młodzieńcze zainteresowania na bardziej intratną profesję i okazało się to świetną decyzją. W nowym zawodzie Tadeusz dość szybko zaczął odnosić wymierne sukcesy. Co najważniejsze - nowa kariera dość szybko pozwoliła mu zapomnieć o początkowych trudnościach finansowych. Zawodowy awans w kilka lat zaczął wyraźnie owocować szybko rosnącymi dochodami.

Nie twierdzę, że już dzisiaj Tadeusza stać na wykupienie nas wszystkich, i jeszcze mu zostanie dość, by zaprosić Billa Gatesa na kolację, ale w każdym razie w szybkim tempie Tadeusz przeszedł od liczenia dziesięciocentówek do zastanawiania się, gdzie ulokować studolarówki.

Realia kanadyjskiej (i nie tylko kanadyjskiej) areny zawodowej są zaś takie, jak w Alicji w krainie czarów - by stać w miejscu, trzeba biec jak najszybciej człowiek potrafi; by się posuwać do przodu, konieczny jest bieg z dwukrotnie większą prędkością.

I tak to właśnie Tadeuszowa kariera rozwijała się od kilku lat gigantycznym wysiłkiem i olbrzymim poświęceniem Tadeusza i jego rodziny. Wyjazdy, seminaria, kursy wieczorne i weekendowe, dodatkowa praca po godzinach, przesuwanie terminu rodzinnych wakacji ze względu na terminy w pracy, kurtuazja wobec szefów, z którymi warto być w dobrych stosunkach i lekceważenie tych, których notowania akurat spadają.

Dynamiczny rozwój kariery Tadeusza narzucił jego rodzinie ostry rygor. Egzystencja wszystkiego i wszystkich możliwa była tylko w ramach i w zgodzie w wymogami Tadeuszowej kariery. Żona, syn, nawet kot Maciej nie mieli wyboru: "Tu nie ma dwóch zdań" -mawiał Tadeusz. - "Idzie mi dobrze, jeszcze trochę wysiłku, jeszcze trochę poświęcenia, a wszyscy przecież będziemy zbierać tego owoce. Przecież ja to wszystko właśnie dla was..."

Żona kilkakrotnie nieśmiało wyrażała wątpliwość, czy to rzeczywiście "dla was". Ktoś z dalszej rodziny czy znajomych Tadeusza żartobliwie kwestionował szczerość owego oświadczenia, twierdząc, że tak naprawdę to Tadeusz popadł w karierowiczowską narkomanię. Sam Tadeusz jednak nie miał żadnych wątpliwości i zdecydowanie wyrażanymi oświadczeniami typu "nie masz pojęcia, o czym mówisz" dusił w zarodku każdą krytykę.

Aż Maciej zachorował. Zapadło kocisko na jakąś groźną, wielce trudną do zlikwidowania chorobę. Życie stworzenia zawisło na włosku. Kuracja wymagała licznych wizyt u klinice, pieczołowitej opieki, poświęcenia stworzeniu czasu i uwagi. A tak się niefortunnie złożyło, że tym razem nikt z rodziny poza Tadeuszem nie mógł się kotem zająć. Tadeusz stanął wobec "diabelskiej alternatywy" - tu kariera, a tu ukochany kot. Tu wyjazd na niezwykle ważną konferencję do Atlanty, a tu konieczność zawiezienia Macieja do kliniki na kolejny zabieg. Tu termin wręczenia raportu, a tu kot jęczy i nie śpi.

Spieszę zapewnić PT Czytelników, że Maciej ma się dobrze i jest znowu wyjątkowo niesympatycznym, rozpieszczonym kotem. Tadeusz w rzadkiej chwili refleksji nad sobą (bo zwykle ów wybitny specjalista woli zastanawiać się nad wadami i niedoskonałościami innych) stwierdził, że był to być może sygnał od Opatrzności, która przypomniała mu, iż poza stanowiskiem prezesa zarządu jest jeszcze stanowisko ojca, męża, członka rodziny.

Krąg bliskich i znajomych Tadeusza, od lat z coraz większym niesmakiem patrzących na jego szaleńczy, jakże kosztowny pęd w górę zawodowej drabinki, podzielił się obecnie na dwa obozy. Jedni twierdzą, że Tadeusz, człowiek inteligentny, wyciągnie z owej lekcji wnioski. Zajmie się synem, który już nawet zapomniał jak to było, gdy płakał za ojcem zamykającym drzwi wyjściowe. Zajmie się żoną, która też ma swoje problemy - a nie wszystkie zrodziły się w ścianach Tadeuszowego domu, więc Tadeusz od lat radzi jej, by sama sobie z nimi poradziła, albo zasięgnęła rady płatnych fachowców. Zajmie się Maciejem i rodziną (niekoniecznie w tej kolejności).

Drudzy zaś - do których, wstyd się przyznać, należę i ja - twierdzą, że to chwilowe. Że wnioski wyciągnięte przez Tadeusza z udzielonej mu przez los lekcji były powierzchowne.

Bowiem - realizując swoje zawodowe ambicje, sycąc się kolejnymi tytułami i stanowiskami, kąpiąc się w glorii pochwał szefa i coraz dłuższych pochwał w dorocznych raportach firmy, Tadeusz zapomniał o podstawowej życiowej zasadzie: - Poprzeczkę należy sobie w życiu ustawiać możliwie wysoko. By w razie konieczności tym łatwiej było pod nią przejść.