Lecą książki

W czasach, gdy pobierałem nauki na warszawskim uniwersytecie, wśród moich rówieśników obowiązywało niepisane kryterium - za człowieka kulturalnego, obytego, oczytanego i z odpowiednim stosunkiem do rzeczywistości mógł uchodzić tylko ten, kto przeczytał wszystkie trzy pozycje z poniższej listy:

- "Alicja w krainie czarów" Lewisa Carrolla

- "Kubuś Puchatek" A. A. Milne'a (ale tylko w tłumaczeniu Ireny Tuwim!; oryginał się nie liczył!)

- "Mały Książę" Saint-Exupery'ego.

Dzisiaj trudno znaleźć wśród młodzieży (tej nastoletniej jak i tej zbliżającej się do czterdziestki) osobę, która znałaby choć dwie z owych trzech książek. Tempora mutandis et nos mutamos in illis, jak mi tłumaczyła na tej uczelni moja "łacinniczka", co w przekładzie na bardziej znany język oznacza: "Czasy się zmieniają...".

W Egipcie ktoś kiedyś znalazł papirus, z którego fachowcy wyczytali, iż zdaniem autora owego rękopisu dzisiejsza (czyli sprzed 4 tysięcy lat) młodzież to już nie to, co za czasów jego, papirusowego skryby, młodości. Stoję więc wobec alternatywy - albo przestanę narzekać na "dzisiejszą młodzież" (czyli wszystkich, którym nie dane było wiać przed "golędzinowcami" w słynnym polskim marcu, bo nóżki mieli za krótkie), albo też powtarzać będę coś, co pobrzmiewa na łamach literatury od co najmniej czterech tysiącleci.

Rzecz w tym, iż alternatywa to fałszywa. Prawdą jest, iż książki (a dokładniej: wyrażone w nich idee) starzeją się niemal tak prędko, jak ich czytelnicy. Z uporem godnym lepszej sprawy usiłujemy temu przeciwdziałać, wbijając do głowy młodzieży literacką klasykę. Bo Szekspir to, Słowacki tamto, i od ich czasów nikt lepiej.

Bo ja wiem...

Szekspira - nie powiem - lubię, chociaż elżbietańskiej Anglii na oczy nie widziałem. Zza profesorskiej katedry w jednym z torontońskich prywatnych liceów usiłowałem nawet przekazać opornym coś z mojej fascynacji Bardem z nad Avonu, ale z miernym skutkiem. Podobnie z Jane Austen, Conradem, Miltonem, Goethem, Cervantesem. Próbowałem sienkiewiczowskiego "Quo Vadis" i "Sto lat samotności". Aż wreszcie dotarło do mojej łepetyny - nie nazwisko autora i jego uświęcona tradycją reputacja jest tu kluczem! I wziąłem się za przeszukiwanie najnowszej literatury.

Literackie szczyty okazały się przystępne nawet dla mojej "trudnej" torontońskiej młodzieży. Gdy wiedli ją tam Umberto Eco i Gordon Pinsent!

Bywa, że w moich na łamach "Związkowca" felietonach i rzadkich artykułach publicystycznych, bywa że w prywatnych wypowiedziach doprowadzam czytelników (znajomych, rodzinę) do rozpaczy podkreślając, że coś mi się nie podoba, bowiem bywało inaczej i moim zdaniem lepiej. Bratowa każe mi wówczas szybciej iść z czasem, bratankowie (dobrze wychowani) milczą i wycofują się na z góry upatrzone pozycje, a ja swoje: "Za moich, panie, czasów..."

Wielka prawda zawarta w łacińskim porzekadle, jakie powyżej zacytowałem, mieści się bowiem nie w pierwszej, lecz w drugiej jego części: "...et nos mutamos in illis" - "...i my zmieniamy się z nimi" (czasami).

Czy się to Państwu podoba, czy też nie - zmiana jest charakterystyczną, najważniejszą cechą rzeczywistości. Gdyby nie zmiany, drobne i większe, zachodzące w ludzkiej społeczności, do dzisiaj siedzielibyśmy wszyscy na drzewach i pracowicie prostowali banany. Pozycja wygodna, ale do czasu aż nie zabraknie bananów na sąsiedniej gałęzi. Zmiana to mus.

Jeżeli więc kwękam i narzekam, to nie po to, by wstrzymać zmiany, lecz by je zilustrować. A wówczas wyraźniej widać, które zmiany prowadzą prosto ku lepszemu, a które należałoby zmienić kolejną zmianą. Oto prawdziwa doktryna prawdziwego konserwatysty: Zmiana musi być, ale dobrze jest też patrzeć co i na co zmieniamy. Zmiana sama dla siebie, byle tylko było inaczej, to nie jest to, co Tygrysy lubią najbardziej.

Pozwólcie mi więc, PT Czytelnicy, bacznie i krytycznie przyglądać się nieuchronnie zachodzącym zmianom. Parę rzeczy w życiu widziałem, parę książek (dzisiaj zapomnianych i niemodnych) przeczytałem - może ta zgromadzona przez dziesięciolecia wiedza na coś się komuś przyda. Ot, chociażby na to, by nie przejmować się za bardzo, gdy dzisiejsi prorocy, dzisiaj "najważniejsze" książki podążą śladem swoich poprzedników w archiwa uniwersytetów, w niebyt nieuwagi szerokiej opinii publicznej.

P.S.: Do nadgorliwych korektorów - wiem, że banany wcale nie rosną na drzewach; wyczytałem to w jednej z owych dawnych, zapomnianych książek. Proszę więc tego w moim felietonie nie poprawiać; i tak jest w nim wiele do poprawienia.