Źrebak na kółkach, czyli zemsta Montezumy
Nie do dzisiaj wiadomo, że wszyscy, ale to dosłownie wszyscy (nie
wyłączając felietonistów) znają się na: po pierwsze primo - polityce;
po drugie primo - wychowywaniu dzieci. Ponieważ od polityki na łamach
"Związkowca" mamy tęższe głowy, postanowiłem zająć się
w końcu pedagogiką. Skoro wszyscy mogą, to i ja...
Tym bardziej, że właśnie niewiele brakowało, a byłbym - nie z własnej
winy! - rozjechał przedstawiciela owego wychowywanego podgatunku.
Ciemną nocą, po pracy, zdążałem do domu ciemną uliczką przedmieść
Toronto. Na szczęście dla nas obu - byłem dość zmęczony (chociaż
po pracy), więc nie jechałem zbyt szybko. Nagle z chodnika, spomiędzy
zaparkowanych przy nim samochodów, wyprysnął na jezdnię przystrojony
w ciemny nie-odblaskowy strój źrebak na kółkach. Innymi słowy -
młody entuzjasta wrotek zwanych po polsku inlajnami (patrz najnowsze
wydania prasy polskich, nie polonijnej!).
Sport to wspaniały, ale ma i on swoje wady. Inlajnowcy na chodnikach
stanowią zagrożenie dla znacznie wolniej poruszających się i znacznie
mniej sprawnych przechodniów; na jezdni zaś oni sami narażeni są
na bolesne zetknięcie się z metalem lub twardą gumą zderzaków. Tak
źle i tak niedobrze - więc biedni inlajnowcy, nie mając swojej strefy
działania na tym fatalnie urządzonym świecie, tułają się na pograniczu
strefy "pieszej" i strefy "samochodowej" od
użytkowników obu obrywając gromy.
Konkretny napotkany przeze mnie nocny inlajnowiec (a może inlajnista?)
poczuł widać nagła potrzebę opuszczenia strefy chodnika (chociaż
dlaczego, skoro było na nim pusto - nie wiem), wykonał kilka kółek
na jezdni, wystraszył mnie solidnie, przekonał się o sprawności
hamulców mojego pojazdu i od-inlajnował w ciemną dal.
Gdy doszedłem do siebie, zrodziła się w mojej skołatanej hamowaniem
głowie refleksja - o co mi chodzi? Dlaczego pomstuję na młodego
człowieka? Wszak żyjemy w wolnym kraju i wolno mu uprawiać sport
uliczny wykręcając nieoczekiwane kółka na jezdni tuż przed zderzakiem
mojego samochodu - nawet jeżeli tym samym drastycznie powiększa
liczbę siwych włosów na mojej głowie.
Wolno mu.
Sedno zagadnienia leży bowiem w przekonaniu wpajanym młodym ludziom
Kanady od pierwszych chwil życia - wolny kraj, wolno ci.
Wolno ci lekceważyć normy i zwyczaje bo - jak twierdzi najnowocześniejsza
pedagogika - gwarantuje to bezstresowe wychowanie i osiągany tą
drogą "pełen rozwój osobowości". Wolno ci kpić z wymagań
szkolnych, bo i tak otrzymasz promocję. Wolno ci naigrawać się z
zasad współżycia międzyludzkiego i mieć za nic wysiłek rodziców
- bo przecież po to oni się męczyli i tyrali, by tobie było lepiej.
Wolno ci dawać upust swojej fantazji, malować farbą z rozpylacza
co popadnie (twoje lub cudze), bo to zapewnia ci nieskrępowany rozwój
rodzącego się talentu (hm?!). Wolno ci - praktycznie - zdjąć majtki
i zrobić kupę na środku ulicy, bo i tak nie dostaniesz pasem po
tak obnażonej "odwrotnej stronie medalu" - wszak byłoby
to karą cielesną niezgodną z konstytucją Kanady i naruszającą twoją
godność osobistą.
Krążą więc po naszych domach, naszych osiedlach, ulicach naszych
miast i korytarzach naszych instytucji owe rozhasane "źrebaki
na kółkach", którym wpojono połowę świętej podstawowej zasady
liberalizmu - wolno ci. A zapomniano o drugiej połowie owej podstawowej
reguły - "....tak dalece, póki nie ogranicza to wolności żadnego
z twoich bliźnich".
Fanatyczni przeciwnicy nikotyny nazywają niekiedy tytoń "zemstą
Montezumy" - nosicielem chorób i nieszczęść spadłych na nie
znającą tytoniu cywilizację w odwecie za cierpienia i śmierć indiańskiego
króla. Moim zdaniem prawdziwą "zemstą Montezumy" jest
raczej nowoczesna pedagogika, której podstawowe założenia chyba
właśnie przejęto od Indian Ameryki Północnej i Środkowej. W społecznościach
tych - ku zdumieniu wczesnych podróżników - obowiązywała pełna tolerancja
dla psot i wybryków dzieci. Pierwsi kronikarze kontaktów Europy
z Ameryką ze zdumieniem notowali: tak barbarzyńskie plemiona, takie
barbarzyńskie ludy, a kochają swoje dzieci do granic nierozsądku;
pozwalają im na wszystko; nigdy nie karcą dzieci, chociażby wyrządziły
one swoimi harcami olbrzymie szkody.
Skąd ja to znam - tak kochamy nasze dzieci, że gotowiśmy im nieba
przychylić iżadną miarą nie pozwolimy na zastosowanie wobec nich
jakiejkolwiek dyscypliny.
Dopiero gdy "źrebakowi na kółkach" nie wystarczy sprawności
i refleksu, gdy wejdzie w bolesny kontakt ze zderzakiem...
Bo jak oni w tym Toronto jeżdżą! Kto takiemu wydał prawo jazdy?
|