Śmierć pseudo-Polaka
W niektórych co bardziej popularnych (ale pretendujących do szczegółowości)
artykułach na temat dziejów Kanady piór polskich autorów pojawia
się niekiedy wspomnienie o rzekomo polskim oficerze, który dowodził
grupą najeźdźców amerykańskich na teren Górnej Kanady w 1838 roku,
stoczył bitwę na przylądku Windmill Point, a po klęsce - zawisnął
na szubienicy. Ponieważ wraca jak bumerang teza, iż administracja
Górnej Kanady powiesiła polskiego bojownika o wolność - warto wrócić
do losów Nilsa Gustava von Schoultza i przypomnieć, kim był naprawdę.
Człowiek, który chciał wyzwolić Górną Kanadę spod okupacji brytyjskiej,
urodził się w 1807 roku w Kuopio w Finlandii. Był synem lokalnego
sędziego. Gdy Finlandię zajęli Rosjanie, rodzina małego Nilsa zbiegła
do Szwecji. Tak więc z urodzenia był on Finem, a z obywatelstwa
- Szwedem, który już nigdy miał nie wrócić do rodzinnej Finlandii.
Nils Gustav von Schoultz wychował się w Sztokholmie, ukończył tu
akademię wojskową i otrzymał stopień oficerski. W 1831 roku, na
wieść o powstaniu przeciwko Rosji, wraz z wieloma innymi Szwedami
pojechał do Warszawy pomóc Polakom w walce ze znienawidzonym okupantem.
Brał między innymi udział w słynnej obronie Warszawy, ale po klęsce
powstania zbiegł do Francji. Polski epizod Nilsa von Schoultza trwał
około pół roku i do tego sprowadzała się jego rzekoma polskość.
Dalsza kariera wojskowa Schoultza prowadziła przez francuską Legię
Cudzoziemską, a cywilna - przez Florencję we Włoszech, gdzie jego
siostra studiowała muzykę, a sam Nils pojął za żonę zamożną pannę
Ann Campbell, córkę szkockich kupców. Młoda rodzina (powiększona
wkrótce o dwie córeczki) osiadła w Sztokholmie, ale młody von Schoultz
nie miał serca do kariery w biznesie. W czerwcu 1836 roku wyjechał
służbowo do Londynu, a stąd - nikomu nic nie mówiąc - do Stanów
Zjednoczonych.
Z niezbyt jasnych przyczyn Nils von Schoultz zaczął w Stanach
Zjednoczonych kryć się ze swoim szwedzkim obywatelstwem, a podawać
się za Polaka, oficera polskich wojsk powstańczych, zmuszonego do
emigracji przez rosyjską tyranię. W wojsku kariery nie zrobił, ale
próby działalności biznesowej sprowadziły go w rejon miasta Salina
w stanie Nowy Jork, w pobliżu granicy z Kanadą. Tu napotkał uciekinierów
z Górnej Kanady, zbiegłych do USA po stłumieniu rewolty 1837 roku.
Młody zapaleniec, który kilka lat wcześniej chciał w Warszawie walczyć
o wolność Polski, tym razem zapałał chęcią do walki o wyzwolenie
ciemiężonego ludu Górnej Kanady spod jarzma okupacji korony brytyjskiej.
Jedną z organizacji marzących o wyzwoleniu Górnej Kanady były
loże Patriot Hunters. Oddział tej organizacji w Salinie zdołał zwerbować
von Schoultza, a czołowy działacz "myśliwych patriotów"
w stanie Nowy Jork, John Ward Birge przekonał młodego Fina o celowości
zorganizowania rajdu zbrojnego na teren Górnej Kanady i zajęcia
brytyjskiego fortu Wellington w pogranicznym mieście Prescott.
Zgromadzono około trzystu zawadiaków chętnych do wyzwolenia Kanady,
sporo pieniędzy i wyposażenia. Znalazła się nawet jedna armata i
statki, które miały przewieźć bojowników przez rzekę św. Wawrzyńca.
11 listopada 1838 roku siły inwazyjne pod wodzą samozwańczego generał-majora
Birge wpłynęły na wody Kanady.
Od początku operacja pod Prescott zakrawała na farsę. Nawet lądowanie
przy nabrzeżu nie udało się, bo ktoś podniósł alarm i napastnicy
czmychnęli na środek rzeki. Większy ze statków utknął na mieliźnie,
a mniejszy, z von Schoultzem na pokładzie, dobił w końcu do brzegu
przy przylądku Windmill.
Tyle działań zbrojnych całkiem wystarczyło generał-majorowi Birge,
który nagle dostał rozstroju żołądka i powrócił na stronę amerykańską.
Na wieść o incydencie amerykańskie władze przysłały jednostkę marynarki
wojennej do położonego po drugiej stronie rzeki Ogdenburga i praktycznie
zakończyły operację odcinając łączność między setką "bojowników"
pozostałych na przylądku Windmill a resztą "sił inwazyjnych".
Po kanadyjskiej stornie został słaby oddział napastników, który
dysponował właściwie minimalnymi atutami. Jednym z nich było autentyczne
wykształcenie i doświadczenie wojskowe przypadkowego dowódcy oddziału,
Nilsa von Schoultza. Drugim - topografia miejsca, w którym dobito
do brzegu. Windmill Point dysponował wzgórzem, dwudziestometrowej
wysokości kamiennym wiatrakiem i ukształtowaniem terenu sprzyjającym
starannie przygotowanej obronie. Byłby to znakomity przyczółek do
inwazji na teren Górnej Kanady - gdyby nie to, że na żadną inwazję
na większą skalę dojść nigdy nie miało, a Nils von Schoultz znalazł
się w tej opresji, bo z młodzieńczą fantazją dał się wciągnąć w
awanturę rozżalonych na brak poparcia społecznego marzycieli o wielkiej
misji politycznej.
Dobrze pamiętając wojnę z 1812 roku, dowództwo wojskowe Górnej
Kanady nie zlekceważyło nawet tak amatorskiej i nieprzemyślanej
akcji. Nie mogło też zlekceważyć obecności na swoim terenie stosunkowo
silnego oddziału wojskowego, uzbrojonego nawet w artylerię polową.
Dopiero po pewnym czasie miało się okazać, kim naprawdę byli dowodzeni
przez von Schoultza ludzie. Zanim jednak wszystko to się wyjaśniło,
brytyjskie wojsko i kanadyjska milicja ochotnicza otoczyły Windmill
Point dwoma tysiącami żołnierzy.
Od rana we wtorek 13 listopada 1838 roku rozgorzał pojedynek strzelecki
między okopanymi Amerykanami a otaczającymi ich Kanadyjczykami.
Liczni członkowie kanadyjskiej milicki ponieśli śmierć od ognia
amerykańskich muszkietów. Zdecydowano poczekać, aż na miejsce działań
przybędzie artyleria.
Mijały dni, a sytuacja otoczonego oddziału zmieniała się z beznadziejnej
w tragiczną. Nikt nie pospieszył im na pomoc ze strony amerykańskiej,
nic nie wskazywało na to, by "inwazja" wywołała powstanie
ludowe rzekomo uciskanej ludności Górnej Kanady. Wręcz przeciwnie
- siły otaczającej wzgórze milicji rosły w miarę napływu kolejnych
ochotników. Kilku Amerykanów zbiegło nocą, kilku wzięto do niewoli.
Po pięciu dniach ogień artylerii i działania milicji zlikwidowały
punkt oporu dosłownie na oczach Amerykanów, przyglądających się
rozwojowi wydarzeń z drugiej strony rzeki. Nils von Schoultz został
pojmany, gdy usiłował skryć się w zaroślach na brzegu rzeki. Jeńców
przewieziono do Kingston, gdzie postawiono ich przed sądem wojskowym.
Młody kanadyjski prawnik John A. Macdonald podjął się obrony niektórych
oskarżonych. Przyszły pierwszy premier Kanady doradzał von Schoultzowi
linię obrony, ale czupurny dowódca sił inwazyjnych zlekceważył radę
i przed sądem przyznał się do zarzucanych mu czynów oraz przyjął
na siebie całą odpowiedzialność. Sąd wojskowy skazał dwunastu napastników
na śmierć, a sześćdziesięciu na banicję do Australii. Z racji swojego
doświadczenia wojskowego, pierwszy z powieszonych uczestników najazdu,
Nils von Schoultz, jako jedyny zginął i został pochowany na terenie
bazy wojskowej Fort Henry.
Do ostatniej chwili Nils von Schoultz twierdził, że jest Polakiem.
Prawdopodobnie dlatego, że ujawnienie faktu, iż ma żonę Szkotkę
i dwie porzucone córki tylko zaszkodziłoby jego reputacji.
|