Patrol suwerenności

Specjalne miejsce w dziejach odkryć geograficznych maja poszukiwania tzw. Przejścia Północno-Zachodniego, które otworzyć miało drogę do skarbów Dalekiego Wschodu mimo zagradzającego żeglugę kontynentu Ameryki, Szesnasty, siedemnasty i osiemnasty wiek w dziejach brytyjskiej eksploracji geograficznej to poszukiwania tego tajemniczego przejścia. W serii arktycznych odysei szczególne miejsce zajmuje jednak wyprawa kanadyjskiego kutra patrolowego "St. Roch" z 1944 roku. Po raz pierwszy w dziejach tych poszukiwań nie chodziło o znalezienie Przejścia. Chodziło o udokumentowanie suwerenności Kanady nad arktycznym archipelagiem.

Kuter patrolowy "St. Roch" miał - przede wszystkim - niecodziennego armatora. Jednostka należała do policji federalnej RCMP. I jako jedyny wśród odkrywczych statków i okrętów "St. Roch" może pochwalić się nie lada jakim wyczynem - przepłynięciem Przejścia Północno-Zachodniego dwukrotnie, ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód. Porównanie tych dwu podróży jest najlepszą ilustracją tezy, iż Przejście Północno-Zachodnie nie ma znaczenia dla żeglugi handlowej. Pierwsza podróż kutra "St. Roch" trwała przez dwie zimy. Druga zakończyła się w jeden letni sezon żeglugowy. Warunki klimatyczne i lodowe w Przejściu Północno-Zachodnim wymykają się wszelkim przewidywaniom i ocenom.

Celem, jaki postawiono kutrowi i jego kapitanowi inspektorowi Henry Larsenowi było: "przeprowadzić patrol wodami cieśniny Lancaster, cieśniny Barrow, oraz cieśniny Prince of Wales na wody Morza Beauforta, dla podkreślenia suwerenności Kanady na wyspami Arktyki." Kapitan Larsen otrzymał także zadanie sprawdzić, czy da się praktycznie dostarczać tą drogą materiały i zapasy ewentualnym stałym patrolom policji RCMP na tych obszarach. Rozkazy zlecały załodze kutra, by "wystawiali znaki informacyjne o suwerenności Kanady nad tym terytorium oraz zbierali informacje natury topograficznej i geograficznej, określali kierunki ruchu lodów i prądów morskich itp." Dowództwo policji rozważało też możliwość uruchomienia tą drogą ponownie posterunku policji w Craig Harbour i Dundas Harbour, a także ustanowienia nowej placówki w Winter Harbour na wyspie Melville’a.

W rejs ze wschodniej Kanady przez Arktykę do macierzystego portu Vancouver kuter "St. Roch" wyruszył nieco lepiej przygotowany niż dwa lata wcześniej, do podróży z zachodu na wschód. Jednostka otrzymała nowy, dwukrotnie potężniejszy silnik. Przebudowano kabiny załogi i kuchnię. W załodze, oprócz kapitana Henry Larsena (dowódcy kutra od jego pierwszego rejsu) wzięli udział także dwaj inni członkowie załogi, która już raz tę trasę pokonała. Dwaj dalsi członkowie załogi to także weterani arktycznych wojaży - Rudolph Johnsen miał lata doświadczenia jako faktor Kompanii Zatoki Hudsona, a w chwili rozpoczęcia tego rejsu liczył sobie niemal siedemdziesiąt lat życia.

Początek rejsu nie był zbyt udany. Dwukrotna awaria nowego silnika zmusiła kuter do zawinięcia najpierw do Sydney, a następnie do portu Curling na Nowej Fundlandii. 2 sierpnia statek dotarł na wysokość najbardziej na północ wysuniętego przylądka Labradoru, ale potężne pola lodowe zmusiły kuter do odwrotu w kierunku Grenlandii.

Najpoważniejszym problemem okazała się jednak awaria żyrokompasu. W warunkach kanadyjskiej Arktyki, gdy żegluga prowadzi w bezpośrednim sąsiedztwie północnego bieguna magnetycznego Ziemi na półwyspie Boothia, kompasy magnetyczne są bezużyteczne. Gdy żyrokompas uległ awarii, kapitanowi Larsenowi pozostało oceniać kierunek żeglugi "według przeczucia i według Boskich wskazówek". To, plus doświadczenie części załogi pozwoliło jednak prowadzić sobie z żeglugą w mglistych warunkach.

9 sierpnia "St. Roch" osiągnął posterunek policji RCMP w Pond Inlet, gdzie wyładował część zapasów. Tu też kuter zabrał na pokład eskimoską rodzinę, biwakującą na pokładzie razem z siedemnastoma psami. Nie był to tylko czczy gest; kapitan Larsen wiedział, że jeśli jednostce przyjdzie zimować w Arktyce, inuicka rodzina i jej umiejętności myśliwskie okażą się atutem w zdobywaniu pożywienia.

Dalsza droga kutra "St. Roch" prowadziła przez cieśninę Lancaster - tak zwaną drogą północną, trudniejszą i bardziej narażoną na kłopoty z przebijaniem się przez lody. W zatoce Stratton Inlet pozostawiono pierwszą dokumentację rejsu w zbudowanym z kamieni stosie, tzw. "cairn". Żeglując we mgle kuter dotarł do Beechey Island - miejsca odwiedzanego przez liczne ekspedycje, łącznie z wyprawą kapitana Parry w 1819 roku i tragiczną ekspedycją Johna Franklina w 1845 roku, jak również z dwudziestowiecznymi odkrywcami norweskimi Otto Sverdrupem i Roaldem Amundsenem.

Kolejny "cairn" wzniesiono na Cape Cockburn, a ze szczytu pobliskiej góry widać było jedynie nieprzerwane połacie lodu. Niemniej, prześlizgując się niewielkimi kanałami otwartej wody i pozostawiając kolejne "cairns", załoga kutra "St. Roch" systematycznie dążyła na zachód. Znaleziono też zapasy żywności pozostawione przez kapitana Kelleta w 1852 roku. Mimo mrozu, ani zupa ogonowa, ani groch, czekolada, mąka czy herbata nie nadawały się do konsumpcji. Ostrzegały o tym szkielety dwóch polarnych niedźwiedzi, które dobrały się do pożywienia i zapłaciły za to zatruciem.

Chociaż warunki meteorologiczne wydawały się nie sprzyjać ekspedycji, kuter systematycznie podążał na zachód i w końcu dotarł do najtrudniejszej części podróży - wąskiej, ale długiej na 175 mil morskich cieśniny Prince of Wales. Tu ostatecznie przyroda stanęła po stronie arktycznych policjantów - cieśnina okazała się niemal całkowicie wolna od lodu. Gdy kuter wypłynął na wody zatoki Amundsena, kapitan Henry Larsen mógł przekazać przez radio wiadomość do Ottawy, że udało się pokonać legendarne Przejście Północno-Zachodnie w osiemnaście zaledwie dni żeglugi.

Raz jeszcze Arktyka chciała zatrzymać dzielną jednostkę u wybrzeży wyspy Herschela, gdzie kuter przez cały tydzień musiał czekać na uwolnienie z lodów nawianych nawałnicą, ale 24 września "St. Roch" przepłynął obok przylądka Barrow - najgroźniejszego punktu podróży w jej zachodniej części. Droga do macierzystego portu Vancouver była jeszcze daleka, ale już pozbawiona arktycznych trudności.

16 października 1944 roku maleńki kuter z burtami naznaczonymi potęgą arktycznego lodu wpłynął do portu Vancouver. Na jego maszcie dumnie powiewał biały proporzec - znak, iż jednostka pokonała Przejście Północno-Zachodnie w czasie jednego sezonu żeglugowego i jako pierwsza dokonała tej sztuki trudniejszą, groźniejszą trasą tzw. "drogi północnej". Suwerenność Kanady nad arktycznym archipelagiem została potwierdzona.