Po co ta dwujęzyczność?

Kanada nie jest, nie była i nie będzie krajem dwujęzycznym. Politycy w Ottawie narzucili tę upiorną i bezzasadną koncepcję krajowi, ale tak naprawdę to dwujęzyczna jest Ottawa, skrawek południowego Quebeku i niewielki fragment Nowego Brunszwiku. Tu dominuje język francuski. Na całym pozostałym olbrzymim obszarze kraju - nie. Dzisiaj w Kanadzie - jeśli patrzeć na to statystycznie - drugim językiem może być chiński, włoski, hindi, portugalski lub ukraiński, ale nie francuski. A jednak minister Dion apeluje, by wszystkie prowincje kraju i wszystkie miasta zadeklarowały się jako dwujęzyczne. Miliardy dolarów, jakie to by kosztowało, są nie do policzenia. Ale minister apeluje.

O co tu chodzi tak naprawdę? Szopka z dwujęzycznością kraju jest w istocie premią dla frankofonów. W świecie zdominowanym przez język angielski frankofonom z naturalnych przyczyn o wiele łatwiej jest zdobyć urzędowe papiery zaświadczające o dwujęzyczności, niż reprezentantom jakichkolwiek innych społeczności językowych i etnicznych. Z polską włącznie. A dopiero takie papiery gwarantują intratne etaty w administracji, gdzie nierzadko można sobie wysłużyć sześciocyfrową pensję za nie robienie absolutnie niczego. Oficjalna dwujęzyczność jest więc nie tyle wyrazem szacunku, co brutalną próbą przekupienia jednej grupy etnicznej pieniędzmi innych.

A co chcą kupić w Quebeku rządzący liberałowie? Oczywiście - głosy. Ta od lat konserwatywna prowincja to - w świetle rozbicia kanadyjskiej prawicy politycznej - owoc gotowy do zerwania. Wystarczy sięgnąć. Najlepiej - ręką trzymającą solidne pęto kiełbasy wyborczej.

W wielu ministerstwach w Ottawie 75% etatów zajmują frankofoni. W kierownictwie tych resortów - frankofoni nierzadko stanowią 90% personelu. Chociaż frankofoni stanowią mniej niż 20 procent Kanadyjczyków.

Taki jest sens apelu o przymusową dwujęzyczność kanadyjskich prowincji. Podatnicy zapłacą niewyobrażalne sumy, a rządząca Partia Liberalna porządzi sobie za te pieniądze kolejne cztery do pięciu lat.

Wrzesień 2002