Kto kocha imigrantów?

Przed tygodniem jeden ze słuchaczy ostro skrytykował mnie za ton wygłaszanych w Radiu 7 komentarzy, zarzucając mi bezpodstawne uprzedzenie do Partii Liberalnej i sugerując na marginesie, że skoro tak mi się ci politycy nie podobają, mogę wynieść się z Kanady. Przyznaję natychmiast, że moje komentarze istotnie są często wymierzone w polityków tej partii z dwóch przyczyn. Po pierwsze - jest to partia rządząca, a więc ponosi większą odpowiedzialność za to, co dzieje się w kraju niż partie opozycyjne. Po drugie zaś - faktycznie nie jestem zwolennikiem ani teorii ani praktyki politycznej reprezentowanej przez działaczy tej partii. Teorię zostawmy chwilowo na boku, bo trudno jest dyskutować o polityce z ludźmi, którzy zalecają mi emigrację z kraju skoro coś mi się w nim nie podoba. Zostańmy przy praktyce i to w wymiarze bardzo konkretnym, a więc finansowym.

W dzień po zaprezentowaniu państwu poprzedniego komentarza miałem możność zapoznać się ze szczegółową analizą zarobków mieszkańców Kanady, sporządzoną przez kanadyjski urząd statystyczny. Z obszernego raportu wynika wiele, ale najciekawsza dla nas, imigrantów z mniejszym czy większym stażem, jest jedna konkluzja Statistics Canada. Urząd stwierdza jednoznacznie, że pod rządami Partii Liberalnej imigranci mają się gorzej niż poprzednio.

Jeszcze dwadzieścia lat temu przybysz do Kanady, po dziesięciu latach pracy, miał statystyczną szansę zarabiać dokładnie tyle, ile zarabia rodowity Kanadyjczyk o porównywalnym wykształceniu i doświadczeniu zawodowym. W roku 1990, za kadencji konserwatystów, imigrant miał podstawy liczyć, że osiągnie zarobki rodowitego Kanadyjczyka po siedmiu latach pobytu w Kanadzie. A obecnie?

W roku 2000 imigranci znający język urzędowy, po dziesięciu latach pobytu w Kanadzie, nadal zarabiają przeciętnie o około 10 tysięcy dolarów rocznie mniej niż rodowici Kanadyjczycy. Różnica ta występuje niezależnie od tego czy imigranci pracują w zawodach wymagających wysokiego poziomu wykształcenia, czy też nie. Niezależnie od rodzaju wykonywanej pracy i od wieku. Od wykształcenia, miejsca zamieszkania czy wysiłku.

Po dziesięciu latach rządów Partii Liberalnej jesteśmy obywatelami drugiej kategorii. Nie było tak za kadencji nie lubianego przez Polonię Briana Mulroneya, jest tak za rządów lubianego premiera Jeana Chretiena.

Moja ideologiczna sympatia czy antypatia do Partii Liberalnej nie ma tu nic do rzeczy. Ja po prostu nie lubię, jeśli ktoś zabiera mi pieniądze z portfela i w demokratycznym państwie ustawia rzeczy tak, że należę do tych gorszych, bo urodziłem się nad Wisła, a nie po tej stronie Atlantyku. A jeśli mój słuchacz mimo to woli - z nie wytłumaczonych przyczyn - dopłacać z własnej kieszeni do tego, by ta akurat grupa polityków rządziła krajem - jego prawo. Tak jak i prawem komentatora jest wygłaszać własne, niekoniecznie popularne wśród odbiorców opinie.

Marzec 2003