Sąd sądzi, ale ...
Ostateczną instancją rozstrzygającą w Kanadzie wszelkie spory i
nieporozumienia jest - zgodnie z konstytucją - Sąd Najwyższy. Dziewięciu
sędziów z całego kraju - jeśli ich o to poprosić, i jeśli zgodzą
się - orzeka w przedstawionej sprawie i od ich orzeczenia nie ma
już odwołania. A że ich orzeczenia dotyczą spraw zarówno najdrobniejszych
jak i najważniejszych - trudno przecenić rolę Sądu Najwyższego.
Jak wszyscy, tak i sędziowie Sądu Najwyższego przechodzą od czasu
do czasu na emeryturę. W ciągu ostatnich dziesięciu lat odeszło
ich sześcioro. Szóstkę nowych nazwisk do składu Sądu wpisał więc
premier Jean Chretien. Zgodnie z własnym widzimisię.
Mało znany aspekt kanadyjskiego życia i systemu politycznego sprowadza
się bowiem do tego, że o składzie Sądu Najwyższego decyduje praktycznie
jeden człowiek - premier Kanady. A że tradycja polityczna kraju
wskazuje, że premierem rządu federalnego bywa się bardzo długo -
każdy z szefów rządu ma istotny, a niekiedy (jak w przypadku premiera
Chretiena) decydujący wpływ na skład osobowy tej instancji.
Dwie trzecie składu to obecnie ludzie wybrani przez ustępującego
premiera. W większości przypadków są to ludzie stosunkowo młodzi,
więc ich opinie i decyzje ważyć będą na kanadyjskiej rzeczywistości
przez lata. A że premier Chretien jest miłośnikiem wszechwładzy
aparatu administracyjnego - taki też jest obecnie Sąd Najwyższy.
Jego członkowie niemal bez wyjątku opowiadają się za tak zwanym
interwencjonizmem sędziowskim, a więc interpretowaniem prawa nie
tyle zgodnie z intencjami tych, którzy prawo tworzyli, lecz w zgodzie
z własną osobistą wizją porządku społecznego, jaki powinien w kraju
panować.
Dzięki takiej oto sytuacji premier Chretien, dążąc do podarowania
parom homoseksualnym prawa do zawierania małżeństw, wbrew stanowisku
większości mieszkańców kraju, może skierować projekt odpowiedniej
ustawy do Sądu Najwyższego po opinię. Opinię tę wystawią ludzie
osobiście przez niego dobrani, więc najpewniej będzie ona zgodna
z dążeniami premiera. A gdy pozytywna opinia wróci - wszyscy powiedzą,
że niezależny sąd orzekł i premiera Chretiena winić o to nie można.
I tak oto wolą jednego człowieka poprawiona zostanie wielowiekowa
tradycja. Wbrew woli narodu, wbrew zasadom demokracji, ale zgodnie
regułami gry w kanadyjskiej polityce.
Sierpień 2003
|