Billy Bishop
Antybohater

Miał właściwie minimalne szanse, by zostać bohaterem Kanady w I wojnie światowej. A już na pewno - bohaterem kanadyjskiego lotnictwa. Określano go jako maminsynka. Mówił sepleniąc. Wolał tańczyć niż uprawiać jakikolwiek sport. Koledzy ze szkoły uważali go za mięczaka. Był fatalnym uczniem. Uciekał ze szkoły, by grać w bilard. Stopnie miał bardzo marne. Jego nauczyciele żywili szczere przekonanie, że do niczego nie dojdzie. Nawet jako kadet Royal Military College nie popisał się - kroniki tej zasłużonej uczelni notują, że był chyba najgorszym kadetem w jej historii. Chciano go wyrzucić z akademii w 1914 roku za oszukiwanie przy grze w karty. Na szczęście - przeszkodziła w tym wojna.

Billy Bishop nie nadawał się na oficera. Nie cierpiał dyscypliny, pił szampana jak wodę, jako pilot też nie popisał się. Właściwie do końca kariery wyróżniał się fatalnymi startami i lądowaniami. W pierwszym locie rozbił powierzony mu myśliwiec Nieuport 17.

Gdy jednak dobiegła końca największa wojna, która miała być też ostatnią z wojen, Billy Bishop okazał się największym żyjącym asem lotnictwa myśliwskiego. Zestrzelił co najmniej 72 samoloty przeciwnika (tyle potwierdzono, innych nikt nie liczył), czyli niewiele mniej niż słynny as niemieckiego lotnictwa, "Czerwony Baron" von Richthofen. Bishop został udekorowany Krzyżem Victorii i dwukrotnie orderem Distinguished Service Order, a także Legią Honorową i Croix de Guerre z palmami. Dwudziestoczteroletni Billy Bishop zdobył wszystkie odznaczenia bojowe, jakie były do zdobycia w lotnictwie myśliwskim I wojny światowej.

Bowiem nauczyciel, który twierdził, że nic z Billy'ego nie wyrośnie, dołożył jedną uwagę - Billy potrafił się bić. Nawet stosunek sił siedem do jednego nie przerażał go - w walkach powietrznych miało być niekiedy jeszcze gorzej. Podobno był człowiekiem naprawdę nie znającym uczucia strachu.

Największy dzień jego życia w karierze pilota myśliwskiego to prawdopodobnie 2 czerwca 1917 roku. Wzbił się w powietrze przed świtem. Inni jeszcze spali. Billy Bishop sam, bez ubezpieczenia, poleciał za linie niemieckie. Nawet nie zdjął pidżamy, wciągnął tylko na wierzch kombinezon lotniczy. Dopiero w powietrzu przypomniał sobie, że powinien był zjeść śniadanie. Niebieska maszyna Nieuport 17 nadleciała nad przypadkowo wybrane lotnisko niemieckie. Billy najpierw ostrzelał je z karabinów maszynowych, a następnie zestrzelił startującego Albatrosa. Drugiego tak nastraszył, że Niemiec w czasie startu uderzył w drzewo. Dwa następne Albatrosy (samoloty o znacznie lepszych osiągach niż Nieuport 17) wzbiły się w powietrze - Billy zestrzelił oba. Pozbawiony amunicji, powrócił do bazy. Była 5.30 rano. Jego towarzysze broni jeszcze spali. Eskapada przyniosła mu Victoria Cross - pierwszy dla kanadyjskiego lotnika.

Kanadyjczycy okazali się w I wojnie światowej świetnymi lotnikami. Tylko 27 pilotów w tej wojnie zestrzeliło ponad 30 samolotów - jedenastu z nich to Kanadyjczycy. W pierwszej dziesiątce znalazło się ich pięciu. Tak jak Billy Bishop, trafili na wojnę w Europie z małych miasteczek (Bishop pochodził z Owen Sound w Ontario), byli "wolnymi duchami", indywidualistami nie znoszącymi wojskowej dyscypliny. Latali w lotnictwie myśliwskim, ponieważ była to nowa broń pozbawiona jeszcze podręczników i regulaminów walki. A samoloty traktowali jak dzikie konie z kanadyjskich prerii. Co więcej - potrafili posługiwać się bronią strzelecką. Billy Bishop strzelał doskonale od czasu, gdy dostał od ojca pod choinkę strzelbę i obietnicę, że otrzyma 25 centów za każdą upolowaną wiewiórkę. Umiejętności myśliwskie przydały mu się na froncie - w walkach powietrznych często zestrzeliwał niemieckie samoloty jedną salwą.

Do wojskowej dyscypliny Billy Bishop nie miał szacunku, ale do swojego karabinu maszynowego zamontowanego na myśliwcu Nieuport 17 nie pozwalał nikomu dotykać się. Mniej szacunku okazywał maszynie. Przy pierwszej próbie lądowania po patrolu rozbił samolot niemal u stóp dowódcy eskadry. Ten natychmiast skierował Bishopa z powrotem do szkoły pilotów, ale zanim rozkaz nabrał mocy, Billy wygrał swą pierwszą walkę powietrzną. Darowano mu rozbicie samolotu, a fatalne lądowania pozostały jego "znakiem firmowym".

W miesiąc później Billy Bishop był już weteranem eskadry - tak prędko ginęli pierwsi w dziejach wojskowi lotnicy. Trzynastu kolegów, z którymi Billy Bishop zaczynał wojnę, już nie żyło.

Jeszcze przed końcem wojny, najsłynniejszy as lotnictwa I wojny światowej - zbyt cenny dla celów rekrutacji nowych ochotników, by pozwolić mu zginąć - wrócił do Kanady i ożenił się z ukochaną z lat szczenięcych, Margaret Burden, wnuczką magnata handlowego Timothy Eatona. Spektakularny ślub na Avenue Road w Toronto zgromadził tłumy. Billy Bishop stworzył własną eskadrę, którą w maju 1918 roku zabrał do Francji. W cztery tygodnie zestrzelił 25 samolotów wroga.

Po wojnie sukcesy Billy Bishopa nie były już tak spektakularne. Próba działalności biznesowej w lotnictwie zakończyła się klęską (Bishop rozbił samolot), inne przedsięwzięcia zakończyły się wraz z tysiącami innych w wielkim krachu giełdy nowojorskiej w 1929 roku. Billy Bishop nie był jednak tylko "szalonym pilotem". Na długo przed wrześniem 1939 wyczuł, że zbliża się kolejna wojna i usiłował ostrzec przed nią polityków. Gdy wybuchła, zajął się rekrutacją kolejnych kandydatów na kanadyjskich lotników. Zmarł spokojnie w 1956 roku. W dwadzieścia lat później zapomnieli o nim nawet niektórzy historycy I wojny światowej.