Jogues marzył o misjonarstwie. W 1636 roku
skierowany zostaje do pracy misyjnej w Kanadzie. W Europie
barok wówczas był w okresie szczytowego rozkwitu, w Paryżu
wystawiano sztuki Pierre Corneille'a, we Flandrii malowali
Rubens i Rembrandt, w Hiszpanii podziwiano obrazy Velasqueza.
A na terenie dzisiejszej Kanady znaleźć można było tyko olbrzymią
przestrzeń całkowicie dzikiego i wrogiego Europejczykom kraju.
Tylko na jego skrawkach pierwsze osady założyli kolonizatorzy
króla Ludwika XIII i jego kanclerza Richelieu. Cywilizacja
europejska na ziemiach, które dzisiaj noszą nazwę Kanady,
ograniczała się do maleńkich kropek na mapie - Trois Rivieres
i Quebec.
Nad całą resztą niepodzielnie panowali Algonkinowie, Montagnais
i Huronowie. Na południe od ich ziem rosła zaś w siłę konfederacja
najbliższych pobratymców Huronów (a zarazem ich śmiertelnych
wrogów) - Irokezów.
Nowo przybyły misjonarz nie zamierzał pozostać w Quebeku.
Wybłagał zezwolenie na kontynuowanie misji na ziemi Huronów
i podążył nad jezioro Simcoe. Po miesięcznej podróży dotarł
na półwysep Penetanguishene krańcowo wyczerpany warunkami
transportu w indiańskim canoe, ale pełen entuzjazmu.
Nawet ostrzeżenia przełożonego misji, ojca Brebeuf nie osłabiły
entuzjazmu Isaaca Jogues dla pracy misyjnej. Cierpienia, jakim
poddawali się zakonnicy, niebezpieczeństwo, jakie im nieustannie
groziło i przymusowe krańcowe ubóstwo placówki tylko wzmocniły
przekonanie Joguesa, że oto trafił tam, gdzie najwięcej może
uczynić dla chwały boskiej.
Gdy podjął swą misję, ze zdumieniem stwierdził, że Huroni
z bardzo ograniczonym entuzjazmem tolerują obecność misjonarzy
w ich osadzie. Najważniejszą sprawą dla każdego misjonarza
było ochrzczenie jak największej liczby niewiernych "barbarzyńców".
Tymczasem, Huronowie z uporem unikali obrzędu chrztu, jakby
nie rozumiejąc euforii, jaką daje perspektywa osiągnięcia
Niebios i cierpień, jakie czekają ich w Piekle. "Co nam
po niebie" - twierdzili uparci Huronowie - "skoro
nie ma tam pól i lasów, nie ma kukurydzy i ryb w rzekach,
nie można polować ani wziąć sobie nowej żony?"
Wzorem innych francuskich misjonarzy, Isaac Jogues szybko
nauczył się języka swych gospodarzy, ale daleko było mu do
porozumienia się z nimi. Z uporem wraz z towarzyszami wędrował
od jednej osady Huronów do drugiej, brnąc w śniegu po pas,
usiłując przekonać Indian do swych koncepcji religijnych.
Z niewielkim skutkiem, ale pełen entuzjazmu i euforii z każdego
najskromniejszego chociaż sukcesu. W lipcu 1637 roku pisze
do matki, że udało mu się ochrzcić 240 Huronów.
" Czyż można wykonać w życiu lepszą pracę, dokonać
większego dzieła?"
Nie przeszkadzało mu, że olbrzymia większość "nawróconych"
to Indianie na łożu śmierci, którzy w niewielkim stopniu zdawali
sobie w ogóle świadomość z tego, co nad nimi czyniono.
Huronowie (całkiem słusznie, jak się miało okazać) byli
przekonani, że francuscy misjonarze jako swój główny cel postawili
sobie zniszczenie rodzimej kultury i wiary Indian. Pod koniec
lata 1637 roku coraz częściej wśród Huronów znad jeziora Simcoe
odzywały się głosy żądające egzekucji zakonników. Rada plemienia
orzekła nawet, że wszelkim nieszczęściom, jakie niedawno spady
na Huronów, winna jest obecność "czarnych sukni".
Misjonarze przygotowali się na śmierć.
Uratowała ich nieposkromioną żądza Huronów na wyroby europejskiego
rzemiosła. Indianie obawiali się, że wraz ze śmiercią misjonarzy
skończy się lukratywny handel z Nową Francją. Nad brzegami
dzisiejszej zatoki Georgian Bay zaczęła więc powstawać bardziej
stała misja - Sainte Marie.
Mimo niewielkich - w dzisiejszym zrozumieniu - sukcesów
liczonych liczbą nowych wiernych, misjonarze uważali swą pracę
za uwieńczoną powodzeniem. Miarą tego sukcesu było dla nich
bowiem ich własne cierpienie - im większe, tym większa zasługa
w oczach Stwórcy.
Dla ojca Jogues sprawy toczyły się "zbyt gładko".
Misja rozwijała się, po przejściu kolejnej epidemii Huronowie
spojrzeli na misjonarzy łaskawszym okiem. Współczynnik cierpienia
i poświęcenia spadał. Jego modlitwy znalazły jednak odpowiedź
- został pojmany przez wrogich Huronom Irokezów i całymi tygodniami
torturowany. W liście napisanym później dziękował za to Bogu.
Isaac Jogues spędził w niewoli Irokezów i Mohawków ponad
dwa lata - nieustannie torturowany i męczony, nieustannie
w obliczu śmierci. Wreszcie wykupili go osadnicy holenderscy.
Z Nowego Amsterdamu wraca do Europy, która wita go z największymi
honorami.
W rok później Jogues jest już znowu w Quebeku, gdzie dowiaduje
się, że Irokezi całą siłą ruszyli na Huronów. Isaac Jogues,
jakby w poszukiwaniu śmierci, postanawia wrócić na ziemie
tych, którzy tak go przez dwa lata męczyli i zostać misjonarzem
Irokezów. We wrześniu 1646 roku rusza na ziemie Mohawków.
Tam jednak obwiniono go o zarazę, która zniszczyła jesienne
plony. Młody wojownik Mohawków na własną odpowiedzialność
jednym ciosem tomahawka zakończył życie misjonarza. Los odmówił
ojcu Isaacowi Jogues przeciągających się tortur i męczeńskiej
śmierci, do jakiej całe swe życie francuski jezuita dążył. |