Graham Day studiował prawo na uniwersytecie Dalhousie w Halifaksie
w Nowej Szkocji i rozpoczął zawodową karierę od pracy prawnika
w małym miasteczku w dolinie Annapolis - Windsor. Tu spotkał
swą żonę, z którą zawarł niezwykły pakt - ona będzie mu towarzyszyć
i będzie pomagać mu w karierze, a za to - co by się z nimi
nie działo - na emeryturę wrócą do Nowej Szkocji. Wówczas
jednak Day był znudzony małomiasteczkową atmosferą Windsor.
Gdy nadarzyła się okazja pracy dla Canadian Pacific w Montrealu
- skorzystał z niej bez wahania.
Prawnik z przypadku (bo tak naprawdę to interesowała go
muzyka i dalsze kształcenie jego całkiem niezłego barytonu)
przekształcił się w biznesmena. Każdy przedsiębiorca, który
odniósł sukces, pytany jest o rady, wskazówki, złote myśli.
Day w takich przypadkach twierdzi: nie kłamać i nie blefować.
Podobno przegrał w studenckich czasach w pokera pięć dolarów,
bo nieumiejętnie blefował. Wyciągnął z tej porażki wnioski
stosując je do kariery w biznesie.
Droga od adwokatury w Windsor do emerytury w Hantsport była
długa i pełna fascynujących szczegółów. Gdzieś po drodze były
jej najważniejsze fragmenty - praca w zarządach brytyjskich
korporacji w okresie przebudowy gospodarki Wielkiej Brytanii
pod rządami premier Margaret Thatcher. Związkowcy brytyjscy,
którzy z tylu przywilejów wówczas musieli zrezygnować, do
dzisiaj wspominają jego nazwisko ze zgrozą. Za to świat brytyjskiego
przemysłu zgodnie stwierdza, że królowa Elżbieta II nie pomyliła
się, nadając przybyszowi z Nowej Szkocji tytuł szlachecki
w uznaniu zasług dla takich chociażby firm jak British Leyland,
British Aerospace, British Shipbuilders czy Rover Group.
Dokonania Grahama Daya to istotny fragment najnowszej historii
gospodarki brytyjskiej w latach osiemdziesiątych XX wieku.
To jednak - zarazem - zamknięty rozdział, uwieńczony tytułem
Sir Graham Day w 1989 roku. Po długoletniej pracy Graham Day
wrócił do Nowej Szkocji i zajmuje się lekturą i malarstwem
- szczególnie zajmują go sylwetki brytyjskich statków i okrętów.
Oczywiście - nie do końca wycofał się z aktywnego życia.
Nadal ma coś do powiedzenia na posiedzeniach zarządów Bank
of Nova Scotia i kilkunastu innych wielkich firm w Kanadzie
i Europie zachodniej. Nadal współpracuje z wielką firmą prawniczą
w Halifaksie i jest ekspertem bostońskiej firmy konsultacyjnej.
Jesienią 1994 obejmuje funkcję rektora uniwersytetu, na którym
kiedyś studiował i prowadzi wykłady dla studentów, którzy
chcą iść w jego ślady. Dla odprężenia - na terenie Dalhousie
University zaprezentował też niedawno widowisko operowe, wspominając
karierę, jakiej nie udało mu się zrobić, karierę zawodowego
śpiewaka. Jak na emeryta, Sir Graham Day jest naprawdę bardzo
zajętym człowiekiem.
Sir Graham Day ma dość pieniędzy, dość zainteresowań i dość
obowiązków, jakie sam sobie wybrał, by nie musieć się już
o nic martwić. A jednak martwi się - przede wszystkim stanem
kanadyjskiej edukacji. Człowiek, który nic już nie musi, który
osiągnął więcej niż mógł marzyć na początku swej kariery,
staje dzisiaj w szranki z politykami o odmiennych od jego
i niekorzystnych dla Kanady (jego zdaniem) poglądów. I spiera
się o pryncypia. Domaga się podjęcia narodowej krucjaty i
zahamowania procesów, które doprowadziły do stworzenia liczącej
miliony ludzi warstwy społecznej bezrobotnych i niezdolnych
do znalezienia pracy - ze względu na brak potrzebnych dzisiaj
na ryku pracy umiejętności.
Bowiem - Sir Graham Day, brytyjski szlachcic i zasłużony
dla brytyjskiej gospodarki ekspert, człowiek zamożny, który
mógł na emeryturę osiąść w Monte Carlo czy na Bahamach, mieszka
w Nowej Szkocji, wrócił na swoją macierzystą uczelnię, zajmuje
się lokalnymi kwestiami politycznymi swej rodzinnej ziemi.
To niezrozumiałe - mówią o nim jego brytyjscy koledzy - wyjechał
gdzieś tam do jakiejś Nowej Szkocji, by płacić o połowę więcej
podatków!
Niektórym widać z trudnością przychodzi zrozumienie, dlaczego
ten człowiek, który wszędzie był, wszędzie potrafił znaleźć
się jak u siebie, wszędzie zostawił trwałe ślady swej pracy,
nadal ma wiarę w przyszłość swojego kraju.
|