Ponura perspektywa
Na naszej scenie społecznej narasta niezwykle groźne zjawisko,
które tymczasem większość obywateli lekceważy. Zjawisko to otrzymało
swój symbol, skrót "PC", od słów "political correctness".
Tłumaczy się ten termin na język polski słowami "polityczna
poprawność", ale osobiście chciałbym, aby coraz większa liczba
osób zdała sobie sprawę z faktu, że jest kilka bardziej właściwych,
a za to o wiele mniej sympatycznych interpretacji tego obcojęzycznego
terminu. Przyjrzyjmy się kilku przykładom.
Kolekcja drobiazgów
Telewizja CBC, pod koniec dziennika, gdy czas antenowy trzeba wypełnić
czymś mało ważnym, ale zaskakującym widzów (w gwarze dziennikarskiej
nazywa się to "michałkiem") nadaje reportaż z firmy wydawniczej,
produkującej żartobliwe kartki z życzeniami z okazji urodzin, świąt
itp. Tematem są uszczypliwe nieco, a czasami nawet bardzo, kartki
z okazji 40-tych (i więcej) urodzin. Reporter nie wyraża swego stanowiska,
nie krytykuje firmy za wydawanie takich kartek, ale redaktorka czuje
się w obowiązku całkiem poważnie wytłumaczyć się i podkreśla, że
kartki te są bardzo popularne, bowiem "dowodzą one, że społeczeństwo
nie uważa dojrzałego wieku za coś wstydliwego; poprawiają one samopoczucie
jubilata i podkreślają społeczną akceptację ludzi, którzy mają już
młodość za sobą. To jest 'politycznie poprawne'." - z całą
powagą akcentuje swą wypowiedź szefowa firmy.
Kto tu zwariował - pani redaktorka wydawnictwa, czy niżej podpisany?
Powtarza się nie od dziś, że z systemem kanadyjskiego szkolnictwa
publicznego nie jest najlepiej, czego świetnym dowodem jest nieskrępowany
rozwój szkół prywatnych. Wiele lat temu władze dwóch prowincji,
Alberty i Quebeku, postanowiły biadanie zastąpić działaniem i jako
wstępny krok przystąpiły do opracowywania ogólnego standardowego
testu uczniów, by stwierdzić najpierw, gdzie system wykazuje niedociągnięcia
i luki, co szczególnie wymaga naprawy, jakie zagadnienia zasługują
na priorytetowe potraktowanie w procesie reform. Rząd Ontario, ustami
minister szkolnictwa pani Marion Boyd, oficjalnie orzekł, że prowincja
nigdy nie wyrazi zgody na poddanie swych uczniów tym testom, bowiem
(chociaż testy te jeszcze wówczas nie zostały opracowane i przedstawione
pod rozwagę) "cała akcja może negatywnie wpłynąć na poczucie
własnej wartości uczniów wywodzących się z etnicznych mniejszości
prowincji", gdyby - jak się można domyśleć - wypadli oni nieco
gorzej. Nie byłoby to, jak można było wnioskować ze słów pani minister,
"politycznie poprawne". Lepiej więc nie robić nic, albo
też zorganizować kilka seminariów na temat dominacji rasizmu, uprzedzeń
wobec kobiet lub postaw anty-homoseksualnych.
A potem mija kilka lat i rząd ustami innej pani minister informuje
o wprowadzeniu takich właśnie testów. Zachwala je w telewizji nawet
sam premier.
Obiegowa ocena amerykańskiej i kanadyjskiej telewizji sprowadza
się niemal jednoznacznie do potępiania tzw. sieci komercjalnych
(ABC, CBS, NBC, CTV, CityTV) za schlebianie najniższym gustom i
instynktom, a wychwalania pod niebiosa tzw. telewizji publicznej
(PBS, CBC, TVOntario) - za rzekome ambitne i odkrywcze programy.
Z okazji 500-lecia odkrycia Ameryki, PBS przystąpić chciała do produkcji
kolejnego serialu pseudo-dokumentalnego osnutego na życiu i dokonaniach
Krzysztofa Kolumba. Motywem przewodnim scenariusza była jednak nie
pasja odkrywcza genueńskiego żeglarza, lecz wytoczony jego cieniowi
akt oskarżenia o... ludobójstwo rodzimej ludności kontynentu. Scenariusz
przewidywał więc "politycznie poprawne" obarczenie Kolumba
odpowiedzialnością moralną (na szczęście tymczasem nie sądową) za
eksterminację milionów ludzi zamieszkujących kontynent, na którym
(proszę to sprawdzić w dawniej wydanych podręcznikach historii żeglarstwa
i odkryć geograficznych) oskarżony nigdy nawet nie stanął! Muszę
tu czytelników zasmucić; amerykańska agencja dotująca z kasy podatnika
ekscesy PBS odmówiła przyłożenia się do produkcji tej historycznej
blagi (za niezbędną zdaniem PBS sumę 650 tysięcy dolarów), serial
nie powstał i nie było z czego się pośmiać. Musieliśmy zadowolić
się konstatacją, że pewnie byłoby naprawdę śmiesznie; tym bardziej,
że jedną z autorek scenariusza była niejaka Kitty Kelley, wsławiona
opublikowaniem szmatławej pseudo-biografii państwa Reaganów, w której
autorka twierdziła, że Nancy Reagan przekształciła Biały Dom w dom
publiczny.
Jeden z torontońskich teatrów wystawił niegdyś sztukę Arthura Milnera
"Masada". Tekstem dramatu był fikcyjny wykład fikcyjnego
historyka żydowskiego na temat historii Izraela, argumentów za istnieniem
państwa żydowskiego i za dalszą władzą Izraela na tzw. terytoriach
okupowanych. Zamierzeniem dramaturga i teatru było sprowadzenie
tej argumentacji do absurdu; spodziewali się oni (wychodząc z "politycznie
poprawnego" założenia), iż widownia oburzy się na argumentację
padającą ze sceny i potępi tekst sztuki, a tym samym - autor i aktorzy
przyczynią się w szczególny sposób sprawie palestyńskiej. Kalkulacje
torontońskich adeptów Talii wzięły w łeb. Widownia potraktowała
tekst wprost, jako obronę sprawy izraelskiej na serio i - co gorsze
- wyrażała swą aprobatę dla linii argumentacji autora. Sztukę trzeba
było natychmiast - "politycznie poprawnie" - zdjąć z afisza.
Pseudo-naukowcy
Uczestniczka konferencji naukowej w Toronto opowiadała o swym pobycie
w Londynie. Zapytana, czy odwiedziła przy okazji słynne muzeum wojskowości
Victoria and Albert War Museum, odrzekła z oburzeniem - "Oczywiście,
że nie. Poszłabym, gdyby to nazywało się Muzeum Pokoju". Aplauz
na widowni, a ja zastanawiam się - jak to możliwe, by członkini
tzw. intelektualnej elity kraju, naukowiec i pedagog, mogła sprowadzić
do zera dominujący przez wieki aspekt historii człowieka tylko dlatego,
że nie został on określony "politycznie poprawną" nazwą.
Ale co tu się dziwić, skoro George Harker, wykładowca na Western
University w Peorii, podpisujący się jako "profesor filozofii
bezczynności", po prostu nie przeprowadził przewidzianych regulaminem
studiów egzaminów, nie przychodził na wykłady i nie uczestniczył
w zebraniach kadry naukowej uniwersytetu. Uniwersytet nic zaś z
"panem profesorem" nie zrobił, bowiem - "politycznie
jak najbardziej poprawnie" - poświęcał on przecież cały swój
czas na badania w zakresie wybranej dyscypliny. A konkretnie - na
opalanie się nago.
Torontońskie Royal Ontario Museum (chcąc udowodnić, lub przynajmniej
podkreślić swą wierność ideałom "politycznej poprawności")
zorganizowało wystawę dokumentującą prześladowanie ludności murzyńskiej
przez XIX-wiecznych białych kolonizatorów i handlarzy niewolnikami.
Znalazła się jednak grupa radykalnych obrońców czci i honoru czarnych
przodków części dzisiejszych Kanadyjczyków i przed budynkiem, w
którym wystawione były mozolnie zebrane zbiory, zorganizowano burzliwe
demonstracje i protesty, zmuszając muzeum do zamknięcia z takim
zapałem zorganizowanej wystawy dokumentów i fotogramów, ukazujących
jak to rzeczywiście było. "Politycznie poprawny" argument
przeciwko wystawie? - że narusza ona honor murzyńskich wojowników
i przywódców, ukazując ich jako wziętych do niewoli.
Wykładowczyni filozofii na uniwersytecie w Waterloo, profesor Judy
Wubnig oświadczyła wyraźnie, że bała się stawiać złe stopnie studentom
należącym do mniejszościowych grup społecznych, ponieważ obawiała
się oskarżeń o rasizm lub prześladowanie na podstawie preferencji
seksualnych. Można sądzić, że pedagog z jej doświadczeniem wie co
mówi, a groźba nie była wyolbrzymiona. Co najmniej 16 wielkich uniwersytetów
kontynentu skreśliło z programów nauczania dzieje cywilizacji zachodniej,
w obawie przed podobnymi oskarżeniami. Zamiast tego, wprowadzono
"studia feministyczne" i 'problematykę Trzeciego Świata".
Wszechobecna bzdura
Szaleństwo "politycznej poprawności" nie ma granic. Od
odrębnego miejsca dla homoseksualistów w paradzie z okazji dnia
św. Patryka (patrona zdecydowanie katolickiej Irlandii) w Nowym
Jorku, przez ideowe uzasadnienie żartobliwych kartek urodzinowych
po skreślanie sztuk Szekspira z programu historii literatury i zastępowanie
ich "powieściami pisanymi w XIX wieku przez kobiety wywodzące
się z rodzimej ludności kontynentu amerykańskiego" (autentyczne!!!).
"Politycznie poprawna" działalność cenzorska i restrykcyjna
wkracza, gdzie jej tylko pozwolić. Na tej samej argumentacji opiera
się zwalczanie palenia papierosów i picia alkoholu, akcje protestacyjne
przeciwko produkcji genetycznie modyfikowanej żywności, czy przeciwko
noszeniu odzieży ze skór i futer zwierzęcych.
Według tej argumentacji - myśliciele od Platona po Kanta, poeci
i pisarze od Ksenofonta po Grahama Greene'a, malarze i fotograficy
(przede wszystkim współcześni), zwolennicy wolnego handlu i antropolodzy,
biologowie, archeologowie i producenci pianki poliuretanowej, drwale
i autorzy słowników języka angielskiego - wszyscy, poza wąską elitą
"sprawiedliwych" - jesteśmy rasistami, anty-feministami
i homofobami. A co gorsze - "sprawiedliwi" spod znaku
"politycznej poprawności" nie zamierzają nawet z nami
rozmawiać, przekonywać nas swą argumentacją. Nie. Zadowoli ich dopiero
totalny zakaz prowadzenia wykładów o literaturze Johna Miltona (piekielnie
"niepoprawnej"), zakaz palenia papierosów (pod karą śmierci?),
zakaz włożenia na siebie swetra z syntetycznej wełny (ale i kurtki
z naturalnej skóry - a więc nago???), zakaz czegokolwiek, co nie
jest wyraźną deklaracją, iż stoimy po stronie mniejszości etnicznych,
kobiet, homoseksualistów itp.
Jest to w gruncie rzeczy czyste oszustwo. Profesor Asa Hilliard
na uniwersytecie stanowym Georgii w Atlancie od kilku lat bez zmrużenia
oka naucza, iż cała cywilizacja zwana dotychczas "europejską"
ma swoje źródła nie w ożywieniu intelektualnym społeczności starożytnej
Grecji, lecz... w Egipcie, z którego fałszywi i podstępni Grecy
wszystko dokładnie ukradli. A starożytni Egipcjanie (według "profesora"
Hilliarda) byli Murzynami. I nic mu nie przeszkadza, iż żadnych
cech negroidalnych nie widać w tysiącach malowideł ściennych w piramidach,
że żadna staroegipska mumia nie wykazuje antropologicznych cech
rasy negroidalnej.
Nic to zwolenników "politycznej poprawności" nie obchodzi,
bowiem założeniem tej intelektualnej mody nie jest poszukiwanie
prawdy, lecz tak zwany dekonstruktywizm, czyli atakowanie dotychczasowych
twierdzeń i poglądów w imię kluczowej dla "politycznej poprawności"
tezy, iż prawda nie istnieje, a istnieją tylko odmienne interpretacje
zjawisk.
Dlatego też czołowa feministka Andrea Dworkin oświadczyła publicznie
i z całą powagą na konferencji naukowej w Banff, że skoro osoby
winne niewłaściwego traktowania kobiet nie są karane przez wymiar
sprawiedliwości tak surowo, jak życzyłyby tego sobie feministki,
kobiety muszą wziąć sprawę w swoje ręce i po prostu winnych ZABIJAĆ!
Przeczekamy, zobaczymy
"Polityczna poprawność" wywołuje powoli (ale bardzo powoli)
reakcje co bardziej odpowiedzialnych osób, których jednak jest dopiero
garstka. Olbrzymia większość społeczeństwa przechodzi nad przejawami
tego zjawiska do porządku dziennego sądząc, że są ważniejsze sprawy
dnia codziennego. Tymczasem, reakcja (przede wszystkim naukowców)
sprowadza się do apeli o tolerancję dla odmiennych poglądów, o wyznaczenie
strefy, w której każdy będzie mógł wypowiadać swoje poglądy (nawet
jeśli nie są one "politycznie poprawne"), tak jak w biurowcu
wyznaczało się kiedyś oddzielne dobrze wentylowane pokoje, w których
nałogowcy mogli ostatecznie (ale z wstydliwą świadomością popełniania
wykroczenia) zapalić papierosa.
Apele o tolerancję są jednak mało skuteczne. Palarnie w biurowcach
istniały jeszcze kilka lat temu; dzisiaj "politycznie niepoprawnych"
palaczy wyrzuca się na świeże powietrze torontońskiego stycznia.
A "PC-sprawiedliwi" dalej ograniczają swobodę społeczeństwa,
krok po kroku zbliżając się do wprowadzenia świata uporządkowanego
według ich widzimisię.
Eksperyment z urządzaniem systemu "politycznie poprawnego"
(chociaż wówczas nazywało się to "sprawiedliwością społeczną")
już w najnowszej przeszłości podejmowano. Skończyło się to cierpieniami
i ofiarą życia milionów, oraz gospodarczą, społeczną, środowiskową
i moralną dewastacją całych państw zamieszkanych przez setki milionów
ludzi. Do dzisiaj mam przed oczami obraz faszystowskich "naprawiaczy
świata" w imię jednej ideologii, jak maszerują z wyciągniętymi
w salucie rękami, lub - jak gwardia Mussoliniego - defiladowym biegiem
zdążających do świetlanego celu. Do dzisiaj dreszcz mi przechodzi
po grzbiecie na wspomnienie politycznie poprawnych wodzów odbierających
defiladę politycznie poprawnych rakiet z głowicami nuklearnymi z
trybuny ustawionej na mauzoleum największego z nich.
Dzisiejsi "politycznie poprawni" spadkobiercy tamtych
nad-ludzi tymczasem uprawiają jogging. Wygląda to mniej groźnie,
ale tylko z pozoru.
|