Próżna dyskusja
Przez kilka tygodni pracowicie wczytywałem się w debatę o polskich
paszportach, pułapkach paszportowych, obywatelstwie Polski lub innych
państw. Wczytywałem się, ale mi przeszło. Debata jest ambitna, z
cytatami z dzieł wybitnych myślicieli i odnośnikami do archaicznych
ustaw dawno zapomnianego prawa. Jest też debatą pozorną - jedna
strona sporu doskonale wie, o co tu chodzi i jak spór zakończyć
w ciągu paru dni, a druga daje się wodzić na manowce pustą retoryką
i wycieczkami w krainę marginaliów, debatując w niestety nie zapomnianym
do dzisiaj stylu "dyskusji pozornej" z czasów PRL-owskich.
Drodzy polonijny dyskutanci! Naprawdę pora zarzucić daremny trud
zaszczycania przeciwników wyrafinowaną argumentacją. Nikogo nie
przekonamy, bowiem nie o racje i rozsądek tu chodzi, lecz o szmal.
A gdy chodzi o szmal - żadne racjonalne argumenty nie mają wagi.
Pora zrozumieć, że administracja Trzeciej Rzeczypospolitej raz
jeszcze postanowiła przystrzyc Polonię i załatać dziury we własnym
budżecie kosztem ukrytego opodatkowania Polonii - i pora zdecydować
się, czy chcemy wspierać finansowo rząd w Warszawie swoimi dolarami,
czy też poczekamy, aż stosowni urzędnicy dorosną do racjonalnej
dyskusji.
Wypada wyjaśnić, skąd taka moja interpretacja potopu retoryki,
jaka zalewa strony gazet polonijnych, a ostatnio nawet stronę Internetu.
Zacznijmy od zastanowienia się czym tak naprawdę jest przedmiot
sporu, czyli paszport. Historycznie - jest to (tak jak koncepcja
obywatelstwa danego państwa) wynalazek stosunkowo niedawny. Apostoł
Paweł w swoich podróżach ani paszportem nie posługiwał się, ani
o wizy nie zabiegał. Wbrew przewrotnej argumentacji panów z warszawskiego
ministerstwa, współczesny paszport nie jest wcale (przede wszystkim)
żadnym dokumentem potwierdzającym przynależność państwową jego właściciela
(bowiem, jak to jeszcze niedawno mogłem wyczytać w swoim paszporcie
wydanym przez władze PRL, właścicielem tego dokumentu jest wydające
go państwo, albo jego administracja). Świat zna kilka rodzajów dokumentów
potwierdzających obywatelstwo okaziciela (vide - dowody osobiste),
ale paszport jest na tej liście skromnym i mało istotnym dodatkiem.
Nie taka jego funkcja. Nie temu celowi paszport służy. Gdyby służył,
nie istniałyby tak zwane "paszporty nansenowskie". Gdyby
służył, wszyscy obywatele Kanady i Stanów Zjednoczonych musieliby
mieć paszporty potwierdzające ich obywatelstwo. A nie mają i nic
im się z tego powodu nie dzieje.
Paszport (w swojej najczęściej używanej mutacji) jest dokumentem
potwierdzającym dla zainteresowanych, że administracja państwa wydającego
paszport zobowiązuje się do udzielenia opieki konsularnej okazicielowi
paszportu. Tyle, i nic więcej. Jeżeli jakiś człowiek mówiący po
polsku zgłasza się do konsulatu polskiego na - dajmy na to - Wyspach
Bergamutach, urzędnik polskiej służby konsularnej tamże stacjonowany
ma obowiązek udzielić petentowi przewidzianej przepisami opieki
konsularnej jeżeli petent okaże paszport wystawiony przez polskie
władze. Nie trzeba na odległość sprawdzać, czy dany petent jest
do tejże opieki uprawniony - świadectwem tych uprawnień jest paszport.
Z drugiej strony - władze Wysp Bergamutów, kontrolując paszport
na swojej granicy, widzą dowód, że dany obywatel ma uprawnienia
do owej opieki i w związku z tym można go bezpiecznie wpuścić na
terytorium Wysp Bergamutów, bo w razie czego uzyska on niezbędną
pomoc ze strony władz polskich i nie będzie obciążał budżetu Wysp
Bergamutów konsekwencjami swoich wyczynów albo przydarzających mu
się przypadków i wypadków.
Powyższa charakterystyka funkcji paszportu jest oczywiście skrótowa
i schematyczna, pomija ona takie dokumenty jak na przykład paszport
dyplomatyczny (i pozostałe cztery rodzaje paszportów wydawanych
niegdyś przez władze PRL), ale jest wystarczająca. Wystarczająca,
bowiem wyjaśnia bezapelacyjnie absurdalność twierdzeń władz Trzeciej
RP. Cała dyskusja na temat wjazdu do Polski członków Polonii, obywateli
Kanady, USA, Australii czy Wysp Bergamutów na podstawie paszportu
polskiego lub nie-polskiego jest bezprzedmiotowa. Jeżeli władze
Trzeciej RP upierają się, że osoba mająca polskie obywatelstwo musi
okazać przy wjeździe do Polski paszport wydany przez władze polskie,
to zaświadczają tym samym, że chodzi im w tym wszystkim o coś zupełnie
innego.
Paszport jako taki służy poza granicami państwa, którego władze
paszport ów wydają. W momencie stawienia się w polskiej placówce
granicznej przybysz jest już na terytorium Polski i żaden paszport
wydany przez władze polskie żadnemu praktycznemu celowi już nie
służy. Upieranie się, że przybysz musi taki paszport mieć jest bzdurą
(albo szachrajstwem, o czym poniżej). Jestem obywatelem Kanady,
mam uprawnienia do opieki konsularnej państwa kanadyjskiego, rozciągającej
się także na terytorium Polski. Można mnie z takich czy innych względów
do Polski nie wpuścić, ale stawianie wymogu okazania polskiego paszportu
na polskiej granicy nie ma żadnego sensu, jeżeli przybywam na tę
granicę z ważnym paszportem innego państwa i deklaruję chęć krótkoterminowego
pobytu na suwerennym terytorium Polski.
Co innego przy wjeździe na pobyt stały, ale nie o tym trwa debata
w polonijnych mediach.
Na tym koniec debaty o potrzebie paszportu przy wjeździe do Polski.
Jeżeli chodzi natomiast o wyjazd członka światowej Polonii z Polski
na podstawie polskiego paszportu - skoro administracja Trzeciej
RP sobie życzy, może taki wymóg ustanowić. Będzie on doskonałym
potwierdzeniem tezy, iż wiele się w Polsce zmieniło od 1989 roku,
ale bizantyjskie ciągoty administracji urzędującej na tym terytorium
- nie. Władze PRL traktowały wydanie paszportu jako mechanizm kontrolny,
krępujący obywateli zarządzanego przez nią państwa, by nie uciekli.
Władza w Polsce rzekomo zmieniła się, ale przyzwyczajenia urzędników
pozostały. Jak zechcą to wypuszczą, a jak nie zechcą - to wymyślą
pretekst, żeby nie wypuścić.
A więc, skoro cała zabawa toczy się według reguły "ja chcę,
i co mi zrobicie?" - po co z panami w Warszawie dyskutować?
Chcą Polonii życie utrudniać i wprowadzać przepisy wynikłe z pozornej
debaty na zastępczy temat? No to niech utrudniają i wprowadzają.
Dyskutować z nimi nie ma co, bo dyskusja taka przypomina filozoficzno-etyczną
debatę z nożownikiem na ciemniej ulicy w Detroit. Wytłumaczysz bandycie,
że czyni nieetycznie i dostaniesz między żebra. Będziesz miał rację
i piękny pogrzeb.
Co zaś można? Można jedynie dać warszawskim bonzom boleśnie odczuć
jakie są konsekwencje takiej arogancji i paniczykowania w wykonaniu
ludzi, którzy aspirują do "wejścia do Europy". Na przykład
- moje plany wakacyjne pozwolą zarobić władzom i mieszkańcom Kostaryki,
zamiast hotelarzom na Mazurach, dopóki buńczuczni panowie w gmachu
na Wiejskiej nie zrozumieją, że nikt we współczesnym świecie nie
może bezkarnie udawać samodzierżcy.
Wspomniałem na wstępie, że idzie tu o szmal. Skąd ta pewność? Ano
- los tak sprawił, że przez wiele lat miałem pośredni, ale ścisły
kontakt ze światem służby konsularnej. Dowiedziałem się wielu ciekawych
rzeczy, wśród których istotne miejsce ma świadomość faktu, iż służba
konsularna jest zawsze i wszędzie przedsięwzięciem deficytowym.
Utrzymanie ambasady czy konsulatu w Toronto czy na Wyspach Bergamutach
kosztuje, i to drogo. Szczególnie drogo, jeśli ambasador, konsul
lub jego szefowie w centrali mają ambicje "pokazać się"
i kupują dla potrzeb konsulatu luksusowe pałacyki. Pierwszoplanowym
zadaniem każdego oficera każdej służby konsularnej każdego państwa
i w każdym państwie jest - oszczędność. Nie wymienianą w ankietach,
ale ściśle kontrolowaną kwalifikacją do służby zagranicznej jest
umiejętność gospodarowania pieniędzmi. Każdy konsul, ambasador,
przedstawiciel i reprezentant musi umieć tak robić, żeby zrobić
to, co ma zrobić, wydając jak najmniej.
Albo - zarabiając ile się da. Oczywiście, przedstawiciele jednego
państwa pracujący na terytorium drugiego państwa mają bardzo ograniczone
możliwości zarobkowania. Trudno sobie wyobrazić, by ambasada czy
konsulat zajmowała się dochodowym handlem sezamkami czy "Claudią".
Zawsze jednak pozostaje możliwość łupienia każdego, który do owej
ambasady czy owego konsulatu ma jakiś interes. Jak na przykład -
wiza lub paszport. Lub stempelek na podaniu. Lub zaświadczenie o
tym lub owym.
Dzień w dzień w każdym polskim konsulacie zlokalizowanym w mieście
o znacznej liczbie Polonii do okienka ustawia się kolejka petentów
niczym niegdyś w słoneczną niedzielę do "Zielonej budki".
Uprzejmy (wszak wchodzący do Europy!) urzędnik konsularny uprzejmie
informuje, że konieczny jest tu jeszcze taki świstek, taka podkładka,
taki stempelek. I taka opłata. Licznik bije. Jak to śpiewał Wojciech
Młynarski? "Sześć czterdzieści, sześć czterdzieści..."
Konsularne okienko produkuje dolary. Im szybciej, tym lepiej. Jeśli
chwilowo dolarów braknie - trzeba czym prędzej wyszukać nowe źródełko,
albo poszerzyć koryto wysychającego strumyka. Konsularne okienko
wie, że oferuje klientom towar unikalny, o ograniczonej (do tegoż
okienka) podaży. Może więc bezkarnie wymyślić nowy wymóg, nałożyć
nową opłatę. Gdzie, droga Polonio, udamy się po zgodę na wyjazd
do Polski? Do konsulatu Wysp Bergamutów?
Nie wierzycie mi, że to takie proste i takie cyniczne? To spójrzcie
na ceny biletów innego prawie-monopolisty, LOT-u. Chcesz, Polonusie,
lecieć do Warszawy bez przesiadki, polskimi liniami lotniczymi?
To płać. Bywa, że i dwa razy drożej niż za kombinowany lot samolotami
KLM, Finnair, Lufthansy, czy British Airways. Moją ostatnią pilną
podróż do Polski (pilną, bowiem na pogrzeb) chciałem odbyć LOT-em;
zażądano ode mnie niemal 900 dolarów. Poszedłem do Finnair. Finom
opłacało się zawieźć mnie i przywieźć, zafundować luksusowy nocleg
w luksusowym hotelu, nakarmić i napoić za 530 dolarów. CBDO.
Paszport Kanady kosztuje osiemdziesiąt dolarów. Nawet jeżeli zapłacę
konsulatowi Trzeciej RP za polską wizę, jest to w sumie nadal znacznie
taniej niż uzyskanie paszportu polskiego. Na wizach konsulat zarabia
po 50 dolarów sztuka. A na paszportach? Skoro tysiące Polaków-mieszkańców
Kanady jeździ co roku do Polski z takich czy innych przyczyn - czy
można sobie wyobrazić lepsze dla warszawskiego MSZ-u źródło gotówki?
Czy trzeba dalej kombinować jak tu zmniejszyć deficytowe przedsięwzięcie
zwane "konsulatem RP w Toronto"? Wystarczy tylko wykoncypować
sposób, by każdy z wybierających się do Polski kanadyjskich Polaków
musiał, chcąc nie chcąc, kupić sobie paszport, który tak naprawdę
nie jest mu do niczego potrzebny - patrz pierwsza część powyższej
analizy.
Zarzućmy więc próżną dyskusję, bowiem nie prowadzi ona do niczego.
Urzędnicy w Polsce musieli znaleźć owieczkę do strzyżenia, bo im
się kasa konsularna opróżniała w alarmującym tempie. Znaleźli. Nam
pozostaje dać się strzyc lub zrezygnować z wakacji w Zakopanem.
Póki ktoś w Warszawie nie otrzeźwieje.
|