W magmie multikulturalizmu
Na przedmieściach Toronto działa niewielka firma komputerowa. Troje
właścicieli, trzydziestka pracowników. Niemal wyłącznie wysokiej
klasy fachowcy w wąskiej specjalizacji usług komputerowych. Kadra
firmy to istna mieszanka - od młodych ludzi świeżo po studiach po
specjalistów rozglądających się za miejscem, gdzie można będzie
odpocząć na emeryturze.
Firma jest "czysto kanadyjska". Troje właścicieli to
Kanadyjczyk pochodzenia anglosaskiego, Chinka (mówię o przynależności
kulturowej i pochodzeniu, bo wszyscy w tej firmie są Kanadyjczykami)
oraz Hindus. W kadrze - istny atlas etnograficzny: Szkot i Włoszka,
Ukrainiec i Indianin z plemienia Ojibway, Filipinka, kilkoro Murzynów
i Murzynek, Hinduska, Jugosłowianka, Niemiec, Anglik (rodowity,
z Londynu), dwie dziewczyny ze Sri Lanki, Włoch (ale z Północy)
i Francuz (nie z Quebeku). Jest chłopak z Manitoby i dwoje przybyszy
z Nowej Fundlandii. A do tego kilka osób, których rodziny od pokoleń
mieszkają w Kanadzie, ale ktoś tam mówi jeszcze trochę po niemiecku
lub w jidysz, po chińsku czy hiszpańsku.
Żywy przykład sukcesu polityki multikulturalizmu wymyślonej i wprowadzonej
w kanadyjską rzeczywistość przez premiera Trudeau? Nie całkiem.
W czasie przerw w pracy ktoś czasem wspomni o swoich czy kogo innego
korzeniach kulturowych, ale tak naprawdę firma jest kanadyjska,
jej właściciele i pracownicy są Kanadyjczykami, a kulturowe źródła
i etniczna przynależność nie odgrywają absolutnie żadnej roli -
ani w codziennej pracy i współżyciu pracowników firmy, ani w jej
działalności. Co roku firma organizuje powszechne spotkanie o charakterze
społecznym. W tym roku wszyscy pracownicy udadzą się na mecz torontońskich
Blue Jays.
Firma bowiem nie ma nic wspólnego z polityką. Jej racją bytu jest
wykonywaniu wyspecjalizowanych usług komputerowych, a celem istnienia
- zarabianie pieniędzy. Dla właścicieli i dla wysoko płatnej kadry
specjalistów. Jeśli toczą się wśród personelu firmy rozmowy o panujących
tu regułach gry - nie ma mowy o dyskryminacji czy zdobywaniu etnicznego
rynku. Z politologicznego punktu widzenia pod-torontońska firma
jest podręcznikowym przykładem realizacji ideałów demokratycznych.
Kto umie - ten robi. Kto potrafi - ten zarabia. Szef traktuje pracowników
z należnym szacunkiem i bezstronnością, nie przyznaje dodatków do
pensji za pochodzenie kulturowe czy przynależność do określonej
grupy społecznej, a pracownicy wykonują swoje zadania najlepiej
jak potrafią, doskonale zdając sobie sprawę, że tak długo ich sukcesów
i premii, jak długo firma przodować będzie na ostro konkurencyjnym
rynku.
Zrodzona w politycznych gabinetach koncepcja multikulturalizmu
jest bowiem zaskakującym fenomenem. Pojawiła się na społecznej arenie
akurat wówczas, gdy zaczynał się okres kryzysu koncepcji totalitarnych,
gdy anty-demokratyczne systemy polityczne, społeczne i gospodarcze
zaczynały ześlizgiwać się po równi pochyłej, prowadzącej do ostatecznej
ich klęski. Światowa demokracja podjęła przygotowania do uroczystych
obchodów końca sowieckiego totalitaryzmu i nikt nie zauważył, że
koncepcje "równości" społecznej poprawianej przypisywaniem
ludzi do określonych klas, warstw, klubów politycznych, stronnictw,
klik, grup społecznych, kręgów i towarzystw wzajemnej adoracji wślizgują
się bocznymi drzwiami (skryte jak wirus komputerowy pod płaszczykiem
atrakcyjności) w rzeczywistość systemów społecznych opartych na
sprawdzonej zasadzie liberalnej demokracji.
W chwili, gdy społeczeństwa demokratyczne przygotowywały się do
świętowania swego zasłużonego sukcesu, część polityków, "poprawiaczy
świata", przystąpiła do przedefiniowania systemu. Między innymi
za pośrednictwem koncepcji multikulturalizmu.
Jak wiele pomysłów na poprawienie świata, i multikulturalizm to
słowo-wytrych. By więc w miarę obiektywnie zjawisko to zanalizować,
należy wpierw określić przedmiot analizy. W wielo-etnicznym społeczeństwie,
jak na przykład kanadyjskie, angażuje się na przykład tłumaczy w
szpitalach, by w razie konieczności lekarz czy pielęgniarka mógł
porozumieć się z pacjentem w sytuacji, w której czas odrywa dramatyczną
rolę. Nie ma to nic wspólnego z polityką multikulturalizmu - to
po prostu zdrowy rozsądek i efekt dobrego zarządzania podległą instytucją.
To optymalizacja środków dla osiągnięcia zamierzonego celu, a nie
dobrotliwa polityka multikulturalizmu. Tak samo - nic nie ma wspólnego
z multikulturalizmem lansowanie włoskich piosenek i piosenkarzy
w Toronto, ani festiwal polskiego filmu na Roncesvalles. I jedno
i drugie to po prostu spełnianie zapotrzebowania społecznego na
określoną produkcję kulturalną - tak samo jak niewiele wspólnego
z multikulturalizmem mają chińskie restauracje na Spadina Ave. Są
tam, bo są klienci, którzy lubią chińską kuchnię. Niekoniecznie
- Chińczycy.
Multikulturalizm to próba zastąpienia demokratycznego systemu społecznego,
opartego na działaniu jednostek, systemem "demokracji"
grup, towarzystw, zrzeszeń, klubów i organizacji określanych pochodzeniem
etnicznym. W miejsce wolnej gry szans i możliwości pojedynczych
osób - której wyniki uzależnione są jedynie od umiejętności, pracowitości
i przedsiębiorczości owych jednostek - ustanawiany jest system współdziałania
lub rywalizacji ugrupowań z całym ich bagażem tradycji, zwyczajów,
dorobku, systemów wartości, światopoglądów i odrębności językowych.
Jak dotychczas, koncepcje multikulturalizmu nie dorobiły się jeszcze
swojego proroka na wzór Karola Marksa czy Włodzimierza Lenina. Nikt
nie zdołał jak dotychczas opracować multikulturalistycznego Manifestu,
ani Mein Kampf. Jeżeli to kiedyś nastąpi... Fundamentalne założenia
koncepcji multikulturalizmu są jednak jasne.
W multikulturalizmie przestaje się liczyć jednostka, a istotną
rolę zaczyna odgrywać jej przynależność do określonej grupy społecznej.
System polityczno-społeczno-prawny przestaje zajmować się ochroną
praw i swobód każdego człowieka, a zaczyna bronić praw grup. Czym
konkretnie jest wybrane prawo danej grupy - oto problem, który jawi
się niemal natychmiast i niemal natychmiast jest przez multikulturalizm
rozwiązywany w sposób jasny i prosty, z zarazem wielce groźny: każda
z grup ma takie prawa, jakich zażąda i jakie zdoła sobie wywalczyć.
Każda grupa może liczyć na taką ochronę swoich tradycji, poglądów,
interesów i przywilejów, jakie zdoła sobie "załatwić"
na arenie polityki. Nawet jeżeli owa ochrona oznacza naruszanie
praw jednostek nie należących do danej grupy. Żadne z tych praw
nie ma charakteru konstytucyjnego, czyli nie jest nienaruszalne
mocą swego istnienia; każde może zostać ograniczone, zawieszone
lub zniesione w sprzyjających temu układach politycznych. Jeżeli
dzisiaj grupa A cieszy się z takich czy innych względów pozycją
uprzywilejowaną, ochroną i opieką, jutro taka sama uprzywilejowana
pozycja, ochrona i opieka może zostać przyznana grupie B -- zależnie
od wyników rozgrywek na arenie politycznej.
Każda z grup biorących udział w tej grze zdaje sobie sprawę, że
szanse jej sukcesu w rozgrywce zależne są w znacznym stopniu od
ludzkiego potencjału danej grupy, a więc od jej liczebności. Dlatego
też quebeccy frankofoni, broniąc "francuskiej" kultury
swojej społeczności, zmuszają imigrantów do Kanady osiedlających
się w tej prowincji do zadeklarowania przynależności do "frankofonów"
lub "alofonów" - byle nie do "anglofonów". Dlatego
dzieci Polaków osiedlających się w Quebeku muszą bezapelacyjnie
uczyć się w szkołach z francuskim językiem wykładowym, chociaż język
angielski przydałby się im może bardziej. Zostali jednak pozbawieni
możliwości swobodnego wyboru, prawa jednostki do podjęcia decyzji
o języku, w jakim uczą się ich dzieci. W interesie francuskojęzycznej
grupy społecznej quebecois. Dlatego też w Stanach Zjednoczonych,
na mocy prawa, dziecko o hiszpańskim nazwisku zostanie skierowane
do szkoły hiszpańskojęzycznej, chociażby nie znało słowa po hiszpańsku.
Wszystko w interesie ochrony "rodzimych tradycji".
We wspomnianej na wstępie podtorontońskiej firmie językiem pracy
jest angielski a jego dobra znajomość jest niezbędnym wymogiem.
Wprowadzić zasady multikulturalizmu do tej firmy to - zrównać języki,
jakimi mówią na co dzień jej pracownicy i rozsyłać instrukcje pracy
po chińsku, w bengali czy po hiszpańsku.
By pojedynek grup na arenie społecznej uczynić bardziej spektakularnym,
i by zapewnić administracji i politykom bagaż spraw do załatwienia
i rozgrywek do rozegrania - część grup społecznych uczestniczących
w rozgrywce określa się jako "uprzywilejowane", a część
- jako "dyskryminowane". Kolejny etap to opracowanie zestawu
przywilejów, wyróżnień, ułatwień i ulg, za pomocą których owe "różnice"
można by zmniejszyć, zniwelować lub całkowicie zlikwidować. Ponieważ
wachlarz różnic jest nieograniczony, a metody niwelacji - nieokreślone,
pole do popisu dla "poprawiaczy świata" nie ma naturalnych
granic i zawsze znajdą dla siebie zajęcie. Niezależnie od całkiem
wymiernych kosztów (w pieniądzach, ale i w ludzkiej energii, możliwościach
i zapale) jakie owo "wyrównywanie szans" przynosi.
Multikulturalizm zakłada powszechność działania. A więc - szeroki
przepływ informacji niezbędny dla osiągnięcia owej powszechności
i rozeznania się w jej skutkach. To znakomite pole do popisu dla
organizatorów wszelkiego rodzaju rad, komisji i ciał doradczych,
których jedynym zadaniem i jedyną racją istnienia jest powielanie
i przetrawianie informacji w rodzaju: "Chińczycy nie lubią
krowiego mleka", "Żydzi świętują w piątek", "Polacy
szanują orły", "Niemcy piją więcej piwa niż wina",
"rosyjska muzyka to osiągnięcie na skalę światową". I
tak dalej, bez końca. Ilość grup etnicznych na świecie i zakres
informacji, które można wrzucać do tak szeroko otwartego worka sprawiają,
że owe "ciała doradcze" mają zapewniony dostatni byt do
końca świata. I nikomu nie przeszkadza, że - mimo iż jestem Polakiem
- przekładam (wbrew polskiej tradycji) wołowinę nad wieprzowinę,
a ukraińska dumka wzrusza mnie dalece mniej niż muzyka celtycka.
Multikulturalizm to zjawisko zaszczepione i rozwijające się na
pożywnej, niestabilnej glebie kontynentu amerykańskiego. Próba wprowadzenia
go na ustabilizowaną, opartą na silnych tradycjach kulturowych ziemię
europejską spotyka się tymczasem z ograniczonym sukcesem: mówią
w Europie o multikulturalizmie o tyle, o ile można (nie drażniąc
nikogo) mówić o nowym, wspaniałym wynalazku z Ameryki - jak komputery,
Elvis Presley i prezydenckie afery erotyczne. Tutaj jednak, w Ameryce,
multikulturalizm święci sukcesy niszcząc autentyczną rodzimą tkankę
kulturową, wszczepiając przekonanie, że nic tu właściwie nie istniało,
dopóki nie przywieźliśmy tego z Europy (Azji, Afryki). Kanadyjski
historyk pyta z dramatyczną emfazą w tytule mądrej książki: Kto
zabił historię Kanady? Nie wiem, kto ją zabił i czy była to zbrodnia
popełniona przez jednego człowieka lub jedną grupę spiskowców. Jestem
natomiast przekonany, że współuczestnikami mordu pięknej, mądrej,
niezwykle pouczającej tradycji historycznej są między innymi (w
pierwszym szeregu) multikulturaliści. Jakże bowiem zainteresować
młodych ludzi wspaniałą epopeją osadnictwa dzisiejszego Ontario
na początkach XIX wieku, skoro nijak nie da się tej epopei wpisać
w tradycję kanadyjskich Polaków, Ukraińców, Murzynów, Indian czy
Filipińczyków? Jak pisać pieśni o Mary Walsh, skoro była ona Kanadyjką?
Jak pisać o Samie Steele, skoro nie był Murzynem?
Wydział historii University of Toronto ma zakład historii Polski
- i to dobrze. Nie ma natomiast ściśle wyodrębnionego, nastawionego
na intensywną pracę w tym kierunku wydziału historii Kanady - a
to gorzej.
Multikulturalizm jest częścią większej całości. Jest fragmentem
działań zmierzających do likwidacji podstawowych założeń demokracji,
której początki sięgają europejskich tradycji sprzed co najmniej
pięciu (jeśli nie dwudziestu) wieków, a które owocowały bezprecedensowym
rozwojem i sukcesem cywilizacji Europy na skalę światową. Żadna
z cywilizacji historycznych - ani babilońska, ani islam, ani chińska,
ani ameroindiańska - nie zdołały upowszechnić swych zasad, zaszczepić
wypracowanych przez siebie reguł na taką skalę, na jaką atrakcyjne
dla świata okazały się rozwiązania wypracowane w kręgu, który tak
długo pozostawał na marginesie światowej historii świata - w Europie.
Multikulturalizm jest próbą odwrócenia biegu dziejów, jest dezawuowaniem
faktu, że pierwszym od dwudziestu wieków powszechnym urzędowym językiem
Indii jest angielski, że gospodarka finansowa państw afrykańskich
oparta jest na systemie bankowości, którego podwaliny położono w
Wenecji, że tajwański robotnik może sprzedawać efekty swojej pracy
do Kanady, na dystans dziesięciu tysięcy kilometrów, dzięki mechanizmom
handlu międzynarodowego wypracowanym w Holandii i Anglii. Multikulturalizm
- o czym warto pamiętać - jest rewizją koncepcji nauk społecznych
(bo jeszcze nie matematyczno-fizycznych) tak, jak zostały one zakreślone
i wypracowane na europejskich uniwersytetach - chociaż cywilizacja
europejska była jedyną cywilizacją w dziejach świata, która wymyśliła,
opracowała i wprowadziła w życie koncepcję uniwersytetu.
Wreszcie: multikulturalizm jest atakiem na koncepcję państwa jako
organizmu zrzeszającego - dla wspólnego dobra i dla wspólnej ochrony
- jednostki. W ich miejsce multikulturalizm podstawia grupy społeczne,
a państwo przekształca w coś, co można by nazwać Radą Nadzorczą
Federacji Niezależnych i Rywalizujących Ugrupowań. Z państwa - aparatu
(lepiej lub gorzej działającego) zarządzania wspólnym dobrem wspólnoty
tworzonej przez naród, multikulturalizm chce utworzyć magmę ścierających
się interesów grup, grupek, klubów i towarzystw.
Na przedmieściach Toronto działa firma... Działa skutecznie, płaci
dobre pensje i odnosi sukcesy w rywalizacji z konkurentami. Bez
państwowych dotacji z kasy multikulturalizmu, za to w atmosferze
wzajemnego poszanowania i bez wytyczania hierarchii ważności i zasad
zapobiegania dyskryminacji. Na "operatywkach" zasiadają:
Chinka, Polak, Włoch, Anglik, Filipinka, Murzynka i Kanadyjczyk.
Sami Kanadyjczycy.
|