Pakujemy się

Piętnaście lat temu, gdy wsiadałem do samolotu z wywalczonym paszportem w kieszeni, sądziłem, że najprawdopodobniej nie zobaczę już lotniska Okęcie. W kilka lat później napisałem na łamach torontońskiej prasy polonijnej, że ci z nas, którzy wyjechali z Polski Ludowej z przyczyn ideowych, a nie "za chlebem", muszą przyzwyczaić się do myśli, iż zostali Kanadyjczykami (czy Australijczykami, czy Amerykanami...), a odzwyczaić się od życia "okrakiem przez Atlantyk". Dzisiaj, coraz liczniejsza grupa polskich emigrantów pakuje po latach manatki i wraca do Polski. Ja zaś i całkiem liczna grupa mnie podobnych wpada do ojczystego kraju z krótszymi lub dłuższymi wizytami, chociaż nic nie wskazuje, byśmy raz jeszcze mieli podjąć trudy emigracji - tym razem z Kanady (Australii, Stanów Zjednoczonych....) do Polski.

Od tychże piętnastu lat czekam na wielkie, mądre dzieło o fali polskiej emigracji lat osiemdziesiątych, tak zwanej emigracji "solidarnościowej". Wszak była inna od poprzednich fal - od tej po II wojnie światowej i od tej z końca lat sześćdziesiątych; wszak był to znaczący dla polskiego narodu fakt, który wypada opisać, przeanalizować i zrozumieć. wypada, a raczej - trzeba. To konieczność, bowiem nasz naród (jak każdy inny) musi rozumieć, co się z istotnymi liczbowo jego warstwami dzieje, jeśli ma w sensowny i efektywny sposób kierować swoimi sprawami. Jeśli nie chce, by inne społeczeństwa wykorzystywały normalne ludzkie odruchy i manipulowały przedstawicielami naszego narodu dla własnych celów.

Czekam na analizę emigracji "solidarnościowej" jak dotychczas bezskutecznie. Tymczasem więc czytam tu i ówdzie mądrzejsze i mniej dopracowane przyczynki, a czasem dorzucam własne opisy, obserwacje i przemyślenia. Wiosną 1998 roku odczuwam potrzebę zastanowienia się nad racjami tych, którzy - niekiedy po latach spędzonych w Kanadzie - po raz kolejny podejmują decyzję o zmianie kraju, środowiska, miejsca pracy, czasem zawodu. Oto kilka fragmentów takich życiorysów. Imiona, zawody, szczegółowe informacje pozwalające zidentyfikować konkretne osoby zostały przeze mnie staranie zmienione: zastanawiając się nad losami tych ludzi muszę spekulować na temat ich motywacji lub ujawniać znane mi (choćby częściowo) ich przemyślenia i wątpliwości. Ponieważ nie zostałem do tego wyraźnie przez owe osoby upoważniony, postaram się, by pojawiły się one w moim artykule jedynie jako anonimowi przedstawiciele polonijnego tłumu.

Ewa i Marek

Do Kanady przyjechali przez Włochy. Tam mieszkali, tam przeżyli chwilami biedne, ale chwilami jakże młodzieńcze czasy. Bywało krucho, ale bywało też tak upojnie... Zawsze po cichu tęsknili do tamtego kraju i tamtego okresu.

W Kanadzie urządzili się w miarę dobrze. Są młodzi, w rejonie trzydziestki. Ewa zdobyła nowy zawód i znalazła dobrą pracę w eleganckiej, kanadyjskiej firmie. Marek też radził sobie nieźle, chociaż może nieco mniej miał powodów do dumy ze swoich osiągnięć. Oboje dobrze mówią po angielsku, oboje sprawiają wrażenie czujących się w Kanadzie jak w domu. Gdy dowiedziałem się, że Ewa jest już w Polsce, a Marek wkrótce podąży za nią - zdziwiłem się bardzo. Już prędzej spodziewałbym się ich powrotu do Włoch, które tak miło wspominali.

Niestety, nie zdołałem zapytać Ewy, co wpłynęło na ich decyzję. Marek udziela wymijających wyjaśnień. Może odegrały tu jakąś rolę sprawy prywatne, wydarzenia o charakterze jednostkowym. Sądzę jednak, że przyciśnięci do muru odpowiedzieliby w końcu: "Bo przecież Kanada nie jest naszym krajem..."

I prawda to. Wyjechali z Polski w wieku, kiedy najczęściej człowiek mało ceni sobie to, co "nasze". Z młodzieńczą wiarą ruszyli w świat, w którym - jak sądzili - ludzie otwarci, odważni, myślący zawsze i wszędzie znajdą się "u siebie" i "wśród swoich". Tak właśnie, jak "odnaleźli się" we Włoszech. A przynajmniej - tak im się wydawało.

Po latach, gdy narosła tęsknota do polskiego krajobrazu, a nie wykształciła się emocjonalna więź z krajobrazem Ontario, poczuli potrzebę znalezienia się "wśród naszych". A nie przyzwyczaili się mimo wszystko do Kanady, bo jakże fajnie było we Włoszech... Wspominali włoskie lato w długie kanadyjskie zimy i tak już im pozostało - zawsze czegoś brak, co przecież było, a już nie ma. Więc ruszyli raz jeszcze w drogę do pięknych i znanych miejsc. Ciekawe, czy odnajdą je w Polsce, czy też zatęsknią - tym razem - do Kanady.

Justyna i Robert

Ich droga do Kanady była nieco inna. Najpierw próbowali zaaklimatyzować się w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku, gdzie bywało i wesoło, ale przede wszystkim było ciężko. Są też starsi od Ewy i Marka, oboje obchodzili już czterdzieste urodziny.

Kanada początkowo wydała im się - po Nowym Jorku - może i spokojniejszym, ale za to o wiele wygodniejszym do życia miejscem. Też zmagali się - jak wszyscy "nowi" - z kłopotami i trudnościami, ale - jak mówią - było bez porównania łatwiej. I bezpieczniej. Justyna, kobieta energiczna i przedsiębiorcza, bardzo szybko doszła do wniosku, że nie ma ochoty resztę życia przepracować jako recepcjonistka w jednej z polonijnych firm i zabrała się za naukę. Kilka lat nad książkami, seria egzaminów i dzisiaj Justyna uczy dzieci w szkole za całkiem przyzwoite pieniądze.

Robertowi przyszło to ciężej, przede wszystkim z braku tak dobrej znajomości języka angielskiego. Ładnych kilka lat zarabiał ciężką pracą na nocnej zmianie, ale w końcu i on dał się przekonać, że nie święci garnki lepią i zabrał się za naukę. Zostało mu jeszcze kilka egzaminów, wcale nie łatwych, ale gdy je zda - opuści uczelnię z kanadyjskim dyplomem inżynierskim i perspektywą stabilizacji zawodowej.

Robert nie jest jednak nadmiernym optymistą. Wie, że będzie startował do rywalizacji o etaty z młodszymi od siebie o dwadzieścia lat kolegami ze studiów. Wie, że sytuacja na rynku pracy w jego specjalności nie jest taka znowu różowa. Może w Stanach...

Robert i Justyna nie spakowali jeszcze walizek, ale nie wykluczają tej możliwości. No, chyba że istotnie Robertowi uda się polowanie na dobry i pewny etat. Jeżeli jednak nie - Justyna coraz częściej mówi o Polsce. Mają tam liczną rodzinę. Dziecko wyrośnie wśród rodaków i nie będzie problemów ze znalezieniem wspólnego języka (przynajmniej formalnie). Polubili Kanadę i przyzwyczaili się do niej, ale mają tu zaledwie przyjaciół, a to nie to samo co matka, brat, cała plejada kuzynek...

Ich przyszłość zależy od dnia, w którym zadać im pytanie o decyzję: wyjeżdżać czy zostać. Gdy ją podejmą i przyjdzie mi pisać do nich kartki świąteczne - nie będę jednak zdziwiony. Wszak życie nie kończy się na pracy i wakacjach na Florydzie.

Łukasz

Jego losy to nieco odmienna historia - jeszcze jedna z jakże licznych biografii dzieci, którym emigracja rozbijała rodzinne domy. Ojciec Łukasza przyjechał do Kanady, gdy chłopiec miał pięć lat. Rodzina rozstała się "na krótko", byle załatwić emigrację, ale we wczesnych latach osiemdziesiątych nie było to takie łatwe. Zanim wszystkie odpowiednie władze wyraziły zgodę na połączenie rodziny - nie było już co łączyć. Pozostało marzenie ojca: będę tutaj gryzł tynk, ale gdy syn dorośnie - będzie miał wjazd do Kanady, szansę studiów na kanadyjskim lub amerykańskim uniwersytecie i prawo do dobrego, kanadyjskiego paszportu. I rzeczywiście - minęło czternaście lat i Łukasz, za zgodą i aprobatą matki, przyjechał do Toronto. Uzyskał dokument "landed immigrant", numerek SIN, prawo do pracy i nauki. Nowa rodzina ojca dała chłopakowi dach nad głową i papu.

Przez kilka miesięcy Łukasz oswajał się z miastem, polerował znajomość języka angielskiego, poznawał ludzi i kraj. Po czym spakował manatki i oświadczył ojcu, że jemu bardziej podoba się w Polsce, a studiować woli na Uniwersytecie Warszawskim niż na University of Toronto. Pewną rolę odegrała i tęsknota za matką, pewną - fakt, że w nowej rodzinie ojca nie poczuł się jak w swojej. Najważniejsze jednak było to, że młodemu człowiekowi Kanada nie bardzo miała czym zaimponować. Gdy jego ojciec lądował w Toronto kilkanaście lat wcześniej - różnica między warunkami życia i perspektywami w Polsce, a w Kanadzie była olbrzymia. Obecnie, zredukowała się ona drastycznie, a - jak całkiem słusznie zauważył młody człowiek - "Tam przynajmniej jestem u siebie, na znanym gruncie. Nie muszę niczego uczyć się od nowa."

I pojechał. Ponieważ jest zdolnym młodym człowiekiem, jest wielce prawdopodobne, iż któregoś dnia wpadnie raz jeszcze do Toronto, w odwiedziny do ojca. Najprawdopodobniej - jako turysta, bez konieczności zabiegania o prawo imigracji, bez proszenia o cokolwiek. Ot, normalny gość z normalnego kraju, którego stać będzie może nawet i na elegancki hotel i wynajęcie samochodu na wycieczkę do Niagary.

Janek

Ostatnia wreszcie postać w galerii to Janek - turysta i artysta, fachowiec i przyjaciel. Czasem filozof, czasem biedak. Są w Toronto ludzie, którzy go lubią pasjami; są inni, których denerwuje niesłychanie. Janek jest rzeczywiście wybitnie uzdolnionym artystą w swojej specjalności. Brak mu tylko jednej umiejętności - korzystnego sprzedania swej pracy. Przez lata całe imał się w Toronto różnych zawodów, zbliżonych do dyscypliny sztuki, którą uprawiał w Polsce, jak również próbował wejść na artystyczny rynek miasta. Z niewielkim powodzeniem. Szliśmy kiedyś spacerkiem przez High Park i Janek przyznał się: "Wracam do Polski. Mam tam nadal kontakty, będę mógł zarobić na życie robiąc to, co umiem najlepiej. A tutaj przez osiem lat dorobiłem się ośmiu tysięcy dolarów długów."

I pojechał. Spakował manatki do kontenera, za ostatnie większe zarobione pieniądze kupił trochę najnowszego sprzętu potrzebnego do uprawiania jego dyscypliny i pożegnał nas, zapraszając przyjaciół na piwo w Warszawie.

W pół roku później był już z powrotem. Wpadł do Toronto, opowiedział trochę wrażeń i pojechał raz jeszcze urządzać swoje miejsce na ziemi - tym razem w jednym z nadatlantyckich miast Kanady.

Usiedliśmy na nabrzeżu, by pogadać.

- Wytłumacz mi swój powrót - poprosiłem.
- Pamiętasz, jak kiedyś, na pytania o przyczynę wyjazdu z Polski, odpowiadałeś, że nie mogłeś dłużej znieść warszawskich tramwajów?
- Pewnie. To był taki skrót myślowy...
- No właśnie. To ja ci też odpowiem skrótem: nie mogę żyć za kratami.
- Co ty gadasz?
- Zauważyłeś, że tam wszyscy mają kraty w oknach? Że przy wejściu do każdej klatki jest domofon? Kiedy wyjeżdżaliśmy z Polski, o takich rzeczach słyszało się w telewizji, jako o przejawach zwyrodnienia w slumsach Nowego Jorku. Dzisiaj ludzie w Polsce boją się włamań. Samochody wyposażają w wyszukane alarmy. Matki histerycznie zakazują dzieciom wychodzić na ulice po siódmej czy szóstej wieczorem.
- Chyba przesadzasz...
- Oczywiście, że tak. Trochę przesadzam, a trochę - pod naszą nieobecność ludzie przyzwyczaili się do zmian. Uważają wiele rzeczy za normalne, a ja wynająłem w Bydgoszczy mieszkanie na drugim piętrze i zdębiałem, gdy okno okazało się okratowane. Innych to może nie razi, ale ja nie potrafię. Spójrz tutaj. Spokój. Cisza. Ludzie jacyś tacy łagodni, uśmiechnięci.
- A co z twoją karierą? - pytam Janka.
- Wiesz; okazało się, że potrafię zarobić na chleb na pograniczu tego, co kiedyś robiłem. Była taka chwila, gdy myślałem, że wrócę do Polski i będzie jak w tej bajce: wśród ślepych jednooki królem. Wszak bywało się w Nowym Jorku, w stolicy świata. Ale dzisiaj w Polsce ludzie robią rzeczy równie dobre, jak my tutaj. Jest mnóstwo zdolnych młodych ludzi. Ja wolę jednak żyć tu, nad Atlantykiem. Jest spokojnie i pięknie. Mamy fajne mieszkanko, żona uczy się...

Różne losy, różne decyzje. Dobre publicystyczne obyczaje nakazywałyby w tym momencie zaprezentować czytelnikowi przemyślaną konkluzję. Niestety, przychodzi mi do głowy jedna tylko jej wersja: każdy na swój sposób rozwiąże ten dylemat.

Pozostaje tylko stwierdzić optymistycznie, że po dekadach aberracji komunistycznej Polska staje się normalnym krajem. Gdy po ogłoszeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku granice Polski opuściły dziesiątki tysięcy mniej lub bardziej dobrowolnie "wyeksportowanych", znaczna liczba z nich wyjeżdżała w poszukiwaniu kraju, w którym normalni ludzie mogą żyć normalnie: nie kombinując, nie sprzeniewierzając się swoim przekonaniom, nie kryjąc się ze swoimi opiniami. W poszukiwaniu miejsca na świecie, gdzie nie trzeba "załatwiać" lodówki - wystarczy ją kupić za zarobione pieniądze. Dzisiaj, po niecałych dziesięciu latach od oficjalnego końca epoki komunistycznej w jej dziejach, Polska w całkiem żywym tempie staje się właśnie takim krajem. Jeszcze nie do końca, jeszcze popełniając nowe błędy w miejsce wyrugowanych starych, ale...

Jedno natomiast nie ulega - moim zdaniem - wątpliwości. Ci z nas, którzy przyjechali do Kanady na początku lat osiemdziesiątych, mieli sporo szczęścia. Wrastali w nowy kraj w chwili, gdy przeżywał on okres dynamicznego rozwoju. Dzisiaj, tutaj - perspektywy dla ludzi młodych lub takich, którzy czują się młodzi, są o wiele bardziej ograniczone. W Polsce natomiast - wręcz przeciwnie.