Wokół ciebie...

Kim pan jest, wędrowcze? - usłyszałem. Co za obrzydliwe pytanie! - pomyślałem sobie i już śpieszę wytłumaczyć. Wyjątkowo.

Bo kim ja właściwie jestem? Imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia - proszę bardzo. Już podaję. I co z tego? Czy ja jestem moim imieniem, nazwiskiem, rodowodem? A może to tylko znaki szczególne, które mnie wyróżniają i odróżniają. Które zidentyfikują mnie w tłumie i mój rozmówca już będzie wiedział z kim ma do czynienia? Tak?

A skąd, drogi Rozmówco, masz to wiedzieć?

Jeżeli uznamy imię i inne dane personalne za etykietkę, to znaczy, iż wiesz, kim jestem, na podstawie tego, co już się o mnie (o mojej "etykietce") dowiedziałeś. Od innych. Czasem - miłych mi i przyjaznych. Czasem nie. Swoją wiedzę o mnie zaczynasz od informacji "z drugiej ręki". Od omówień i pomówień. Od dobrego wrażenia, jakie na kimś zrobiłem i od złego śladu mej bytności w czyimś życiu.

A to wcale nie jestem ja. To tylko mój ślad na tym świecie. To odciski moich stóp, to szkody, jakie wyrządziłem i osiągnięcia, jakich dokonałem. A że nie wszystko w moim (jak i w Twoim, rozmówco) życiu układało się według planów, zamierzeń, chęci - to i moje ślady są moimi śladami, a nie mną.

Kim więc jestem, jeśli nie jestem tym, co po mnie zostaje w innych ludziach, w innych krajobrazach? Może zajrzeć mi do autobiografii?

Napisałem ich w życiu, dłuższych i skróconych, wiele. Najczęściej - jakże to przydatne w tym tu właśnie naszym krajobrazie! - w miarę moich umiejętności dostosowanych do tego, co ich czytelnik chciałby o mnie wiedzieć. Bywałem nauczycielem i dziennikarzem, grafikiem i kierowcą. Geniuszem i spokojnym, mało inteligentnym wesołkiem.

Bywałem. A kim jestem?

I co to właściwie ma za znaczenie właśnie dzisiaj, w przeddzień Święta?

Jak od 1999 lat, zasiądziemy do Wigilijnego stołu celebrować Święto. Jak od lat nie wiem ilu, przy polskich (bo nie - polonijnych) stołach zasiądą najbliżsi - i ten jeden. Wędrowiec, dla którego zostawiamy dodatkowe nakrycie. Zasiądzie fizycznie albo duchem, ale będzie. Taka tradycja - bodajże najpiękniejsza z polskich tradycji wigilijnych.

Jeśli będziesz chciał pomyśleć chwilę - pomyśl, Rozmówco, o nim właśnie, o owym Wędrowcu. Kim jest? Nie pytaj go, lecz - pomyśl. Zastanów się w zaciszu własnego serca. Kim jest? A za kogo go mam? Czy to, co o Wędrowcy wiem, jest wiedzą, czy plotkami? Zasługuje na zatrzymanie w sercu i umyśle, czy warte jest tylko wyrzucenia do błękitnego pudła? Czy mierzę Wędrowca własną miarą, czy też może pożyczyłem linijkę od innych i teraz jedną niewiadomą próbuję określić przy pomocy drugiej niewiadomej.

A gdy już wprawisz się, Rozmówco, w ów szczery i uczciwy nastrój, gdy prostą etiudą "Kim jesteś, Wędrowcze?" wyćwiczysz palce - pełen dumy i pewności siebie z dobrze wykonanego utworu nie zatrzymuj się i nie wyhamuj w poczuciu własnej doskonałości. Idź dalej. Pokonawszy mały wzgórek zabierz się za trudniejsze wspinaczki.

Bardzo proszę.

Jeśli wiesz, że już wiesz kim jest ten obcy przy Wigilijnym stole - spójrz na pozostałych uczestników uroczystości. Spójrz na tych, których tak dobrze znasz. O których tak dobrze wiesz, kim są. Jacy są. Skąd przyszli i dokąd dążą.

Olśnienie. O rety! A może jednak nie całkiem? Może nie....?

Przyjrzyj się, na przykład, Ryśkowi. Siedzi przy stole, minę ma niezbyt mądrą. Jak zwykle. Ryśkowa żona, kobieta energiczna i wygadana (używając delikatnego określenia) kiedyś tam doszła do wniosku, że nie udało jej się złapać takiego męża, na jakiego zasługiwała. I czym prędzej rozpowszechniła tę opinię wśród krewnych i znajomych. Toż ten Rysiek to zero. Cymbał. Pół faceta, albo i nawet mniej. Prochu nie wymyśli, matematyki nie nauczy. I w ogóle.

Lubię jeździć z Ryśkiem na wycieczki. Facet ma w sobie jakiś luz, jakąś ciekawość świata. Nie denerwuje się drobnymi przeciwnościami losu. Potrafi ucieszyć się z zielonej trawy i wiatru, jaki nas usiłuje zepchnąć z wydmy. Nie ma szansy na to, by kiedyś Rysiek wdrapał się na Himalaje, ale i tak nawet wycieczka w Halton Hills w jego towarzystwie to fajna sprawa, prawda? Odpocznie człowiek, zrelaksuje się, z nowym zapasem sił wróci zmagać się z przeciwnościami Toronto.

I tak już Rysiek radzi sobie z tą przypiętą mu przez żonę "gębą" lata całe. Dziesięciolecia wręcz. Pracuje, odpoczywa, spotyka się z przyjaciółmi. Ma skromny, ale sympatyczny i gościnny dom. Dzieci wyrosły. Córka kończy uniwerek, syn pewno pójdzie w jej ślady.

Był dzień, kiedy bardzo potrzebny mi był przyjaciel. Zadzwoniłem do Ryśka.

Do kogo? Do tego "nikogo"? Do tego faceta, co to prochu nie wymyśli?

Prawda, Rozmówco, że trudno nam obu zrozumieć jak to jest, że Rysiek ma prawie zawsze dobry nastrój i dobre słowo, a jego "wykształcona" żona razi wszystkich wokół swoją skwaszoną i wiecznie z czegoś niezadowoloną miną?

Znasz ich? Wiesz kim są? Czy tylko ci się wydawało?

Najciemniej - pod latarnią. Najtrudniej szczerze i uczciwie ocenić to, co najbliższe i najlepiej (?) znane. Najwięcej pomyłek popełniamy przykładając pożyczone linijki do najbliższych nam osób, mierząc je nie własną, lecz cudzą, zapożyczoną miarą.

Nasza codzienność składa się z gier i gierek. Z drobnych i nieco poważniejszych udawań. Z manewrów na miarę Napoleona i na miarę małego kaprala. Trudno. Inni grają wobec nas, my gramy innym. Tak jest na co dzień i tego nie zmienimy.

Możemy jednak, raz do roku, na chwilę rozluźnić gorset codzienności i spojrzeć na najbliższych świeżym okiem.

Wielokrotnie słyszałem apele i sporządzanie rachunku sumienia na okoliczność Świąt. Zachętą, którą Tobie, Rozmówco, przekazuję pod choinką, jest prośba - zostaw swój rachunek sumienia na jutro (pojutrze). Dzisiaj dokonaj szczerej, uczciwej, najdokładniejszej na jaką cię stać oceny innych. Przede wszystkim tych najbliższych. Postaraj się zrozumieć - kim są? Dlaczego są tacy, jacy są? Czego chcą, a czego nie chcą? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?