Kult głupoty, głupota kultu

Kilka tygodni temu 39 wyznawców kultu Bramy Niebieskiej popełniło w Kalifornii zbiorowe samobójstwo. Po raz kolejny w dziennikach telewizyjnych obejrzeć można było ciała ludzi, którzy pod wpływem ezoterycznej ideologii skończyli życie. Nie pierwszy to przypadek i - niestety - prawdopodobnie nie ostatni. Od kilkudziesięciu lat - jak twierdzą socjologowie i religioznawcy - narasta ponownie fala sekt i kultów, a niemal wszystkie one noszą w sobie zarodek kolejnej tragedii w wymiarze ostatecznym, bo te skromniejsze, codzienne tragedie (jak rozbite rodziny, opuszczone lub zaniedbane dzieci, degrengolada ludzi porzucających wszystko dla kultu) to dla obserwatorów zjawiska rzecz powszednia.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego stosunkowo spokojny świat, wolny od dramatycznych kataklizmów wielkich powszechnych wojen czy klęsk, nękają destruktywne kulty? Co się stało z racjonalizmem, którym obdarowała nas epoka Oświecenia i który - wydawałoby się - raz na zawsze zapobiegnie takim tragediom?

O czym mowa?

Niefachowcy mogą mieć pewne trudności ze zrozumieniem dlaczego niektóre ugrupowania o charakterze rzekomo religijnym określane bywają mianem kultu i odróżniane od religii, kościołów czy sekt. Zamieszanie powiększają niekiedy specjaliści wzywani na pomoc przez środki masowego przekazu i rozdzielający przed kamerami telewizyjnymi lub na łamach masowych czasopism włos na czworo, sprawiając wrażenie, że istotnie różnica między - dajmy na to - chrześcijaństwem czy buddyzmem a na przykład kultem Bramy Niebios czy Transcendentalnej Medytacji zasadza się jedynie w starożytności tych pierwszych a stosunkowo niedawnej dacie powstania tych drugich. Mniejsza o religioznawcze szczegóły, których studiowanie pozostawiam osobom bardziej zainteresowanym przedmiotem. W skrócie, kult (a przede wszystkim najgroźniejszą formę tego zjawiska, czyli kult destrukcyjny) odróżnia od religii kilka wyraźnie widocznych czynników.

Po pierwsze - kulty te proponują ideologię apokalipsy. Ich przywódcy w swoich wystąpieniach koncentrują się na bliskim już fizycznym końcu tego świata, najczęściej w wyniku wielkiej wojny. Jeśli natomiast przywódca kultu chce dotrzeć do ludzi przekonanych, że już dzisiaj żyjemy w świecie ogarniętym apokalipsą (bo to zanieczyszczenie środowiska, mord fok, mord ludzi w Afryce czy Azji, nieludzki styl życia w wielkich miastach, i tak dalej, i tym podobne) - jak "prorok" Bramy Niebios, Marshall H. Applewhite - obiecuje im wieczny spokój i niebiańską szczęśliwość "tuż poza granicami tego świata" (w przypadku Bramy Niebios - w ogonie przelatującej komety), po odrzuceniu cielesnej powłoki, czyli po samobójstwie.

Po wtóre - każdy kult koncentruje się wokół charyzmatycznego przywódcy. Należy tu odróżnić przywódcę, który na bieżąco kieruje kultem, od założyciela religii czy sekty, który najczęściej zdobywa sobie wiernych i wyznawców dopiero po śmierci.

Po trzecie - kulty to najczęściej (chociaż tu należy odnotować kilka wyjątków, jak na przykład kult Moona) nieliczne, ściśle zwarte i zamknięte grupy wyznawców organizujące się na zasadach tajemnych formacji. Najczęściej grupę taką jednoczy zbiorowa paranoja - jej członkowie są najświęciej przekonani, że cały świat dąży do ich zguby i czyha na nich w każdej sytuacji.

Kulty charakteryzuje także (często) swoista paranoja przywódców, którzy wielkim nakładem sił i środków próbują zapewnić sobie bezpieczeństwo kolekcjonując bogaty arsenał broni lub ustanawiając prywatne, wewnętrzne "siły bezpieczeństwa" na wzór wiernych szefowi pretorianów. Kulty najchętniej czerpią z bogatej tradycji teologii chrześcijańskiej z niewielką domieszką najprostszych twierdzeń buddyzmu (brak kultów czerpiących z teologii muzułmańskiej) i mistycyzmu, a ulubionymi "wzorami", do których odwołują się przywódcy kultów, są zakon templariuszy i masoneria.

Kult za kultem

Nikt oczywiście nie jest w stanie ogarnąć, opisać i skatalogować wszystkich kultów, jakie narodziły się, trwają lub zamarły. Olbrzymia większość z tych ugrupowań ma charakter marginalny i - na szczęście - krótkotrwały. A jednak kilka czy kilkanaście kultów charakteryzuje zaskakująca żywotność. Kilka dalszych okazało się może mniej trwałych, ale za to bardziej wyraziście wpisały się one w zbiorową świadomość. Najczęściej - liczbą ofiar.

Pierwszym kultem, który tak wyraźnie zapisał się w naszej przynajmniej świadomości, była "Rodzina" Charlesa Mansona. Spektakularny mord na ciężarnej żonie Romana Polańskiego, Sharon Tate wywarł - zgodnie z założeniami przywódcy kultu - niezatarte wrażenie na opinii publicznej, na milionach ludzi na całym świecie, którzy (gdyby nie ta krwawa i nieludzka zbrodnia) nigdy by najprawdopodobniej nie usłyszeli o tym szarlatanie, który z Pisma Świętego wyczytał tylko fragment Apokalipsy.

Niezrównany (jak dotychczas) liczbowy "sukces" osiągnął twórca kultu "Świątyni Ludu" Jim Jones. W puszczy Gujany skłonił on do samobójczej śmierci niemal tysiąc osób. Niedawno wiele słychać było o japońskim kulcie Aum Shinrikyo, który tybetański mistycyzm wymieszał z najnowocześniejszą wiedzą w zakresie broni chemicznej, organizując zamachy śmiercionośnym gazem sarin w tokijskim metrze. Tylko nieudolność wykonawców sprawiła, że wódz kultu nie wpisał się do księgi rekordów jako jeden z najgroźniejszych masowych morderców świata. Atak spowodował śmierć 11 pasażerów tokijskiej kolejki podziemnej; gdyby zamach udał się zgodnie z planem, ofiarami sarinu padłoby - zdaniem ekspertów - kilkanaście tysięcy niewinnych tokijczyków.

Na Wyspach Brytyjskich rozwija się ściśle tajny kult Emin powołany do życia przez sprzedawcę encyklopedii Raymonda Armina. Ten kult nie żąda od swych wyznawców ostatecznych poświęceń w rodzaju odbierania sobie życia. Wystarczy, że na tajnych zebraniach popadają w trans, tańczą w niecodziennych strojach, nadają sobie dziwne imiona, studiują heraldykę, wróżby taroka i turystykę międzygwiezdną, oraz - słono za to wszystko płacą. A wódz kultu siedzi sobie wygodnie na Florydzie i tylko od czasu do czasu przesyła wyznawcom mętne komunikaty.

Europę Wschodnią zafascynował założony w Kalifornii kult "Transcendentalnej Medytacji" założony przez Maharishi Mahesh Yogi. W tym kulcie groźba utraty życia jest niewielka, za to całkiem poważne jest zagrożenie utraty środków do życia - kult "strzyże" swoich wyznawców równo przy skórze, bowiem - jak twierdzi (całkiem słusznie) jego przywódca - zawładnięcie światem wymaga dużych pieniędzy.

Na kanadyjskiej arenie szerzej dał się poznać kult "Świątyni Słońca". Z niewyjaśnionych przyczyn (może dlatego, że kanadyjskie prawo zostawia niemal pełną swobodę każdemu, kto zarejestruje swoje ugrupowanie jako religijne) ten kult miał dwa ośrodki - w Szwajcarii i właśnie w Kanadzie. Szefem kultu był Francuz Joseph Di Mambro, który najwidoczniej przeczytał kilka książek o zakonie templariuszy, bowiem od tego średniowiecznego zakonu rycerskiego zapożyczył sobie trochę ornamentyki. Od swych wiernych natomiast zdołał wyciągnąć miliony dolarów, co znakomicie uprościło jego sprawy finansowe - w rodzinnej Francji ścigano go za przestępstwa podatkowe. Zbiorowe samobójstwa członków kultu w Szwajcarii i w pobliżu Montrealu w ubiegłym roku w znacznym stopniu ograniczyły dalszą karierę ugrupowania; pojawiły się jednak podejrzenia, że sam Di Mambro upozorował jedynie swoją śmierć w jednej z owych zbiorowych masakr. Jeśli tak - to żyje dzisiaj niezwykle wygodnie za pieniądze swoich "wyznawców".

Najbardziej mistyczny z ważniejszych kultów to chyba niewielkie ugrupowanie badaczy Kabały. Mistyczno-bełkotliwy tekst rzekomo objawiony biblijnemu Adamowi przez archanioła Gabriela a spisany dopiero przez trzynastowiecznego rabbiego w Hiszpanii to wspaniała pożywka dla "interpretacji" - każdy z tego może wyczytać to, co chce, lub co jest mu do czegoś potrzebne. A jednak - dziesiątki rzekomo wykształconych i inteligentnych ludzi poświęca na studiowanie Kabały czas, energię i... pieniądze, bowiem tylko kursy wprowadzające takich odłamów kultu jak na przykład International Gnostic Federation są bezpłatne. Za kolejne trzeba już słono płacić.

I tak można by dalej, niemal bez końca. Nazwy kultów są różne, twierdzenia jeszcze różniejsze (jeden z kultów obiecuje wiernym nauczyć ich latać!), recepty na szczęście - niekiedy oszałamiające swą fantastycznością. W głowie się nie mieści - jak rozsądni ludzie mogą w tak niestworzone rzeczy wierzyć i często płacić za swą wiarę albo ciężko zarobionymi pieniędzmi, albo na przykład zdrowiem czy życiem własnych dzieci (Joseph Di Mambro skazał dziecko pary wyznawców na śmierć, bo było Antychrystem; rodzice bez wahania wyrok wykonali). A jednak zjawisko kultów wydaje się nie mieć ani końca w jakiejś przewidywalnej przyszłości, ani granic - czy to państwowych, czy społecznych. Jak to możliwe?

Próba interpretacji

Kulty nie są - wbrew pozorom - jakąś zwyrodniałą formą naszej cywilizacji, lecz wręcz przeciwnie - jej całkiem naturalnym tworem. W pewnym sensie ich powstanie jest nieuchronną konsekwencją demokratyzacji myśli społecznej, kultury, a przede wszystkim konsekwencją kultury masowej. Spójrzmy uważnie na kilka zjawisk z tej ostatniej dziedziny i przyłóżmy je do zjawiska kultów.

Oto, na przykład, wielce popularne kosmiczne "opery mydlane" w rodzaju Star Trek. Jak wygląda struktura społeczna propagowana w tych odcinkowcach? Miała to być prawdopodobnie jakaś przyszłościowa postać struktury militarnej, jako że badania kosmosu narodziły się z militarnych potrzeb współczesnych państw. Zniknęły gdzieś jednak cechy militarne (oprócz tylko pseudo-militarnego skrótu przed nazwą statku Enterprise), a pozostała ściśle zhierarchizowana struktura o wszelkich cechach dyktatury. Jak w kulcie, gdzie wódz ma zawsze rację (nawet jeśli jego decyzje są niezrozumiałe dla jego towarzyszy) i gdzie do wodza należy ostateczne słowo (nawet jeśli oznacza to wystawienie załogi na ryzyko śmierci).

Wszelkie kulty z upodobaniem sięgają do spraw kosmicznych, nawiązują do teorii UFO-logów, śledzą bieg komet, szukają śladów "obcych" na Ziemi, często deklarują możliwość porozumiewania się z mieszkańcami innych planet, innych wymiarów czy płaszczyzn czasoprzestrzeni. Raz za razem w tych ideologiach powracają tezy szwajcarskiego hotelarza von Danikena, który przed laty spopularyzował kilka bzdurnych tez na temat przeszłości ziemskich cywilizacji, przekonującą prozą wmawiając ludziom, że piramidy egipskie, świątynie Baalbeku, krąg Stonehenge, rysunki naskalne płaskowyżu Nasca i tyle innych zjawisk na naszej Ziemi to w istocie twór "przybyszów". I chociaż naukowcy dawno udowodnili bzdurność tych tez - kilkanaście procent mieszkańców kontynentu północnoamerykańskiego twierdzi, że doświadczyło bezpośredniego kontaktu z przybyszami z gwiazd. Jest na czym budować kolejny kult.

Kiedyś do studiów w zakresie wiedzy teologicznej dopuszczano kandydatów, którzy już zdobyli wyższe wykształcenie i nauczyli się rozumować abstrakcyjnie. Dzisiaj popularne wydania książek w miękkich okładkach serwują spłyconą teologię chrześcijaństwa czy buddyzmu każdemu, kto ma kilka dolarów do wydania w najbliższym supermarkecie. Kabała, której tekst miał rzekomo krążyć przez ponad 3000 lat "z ust do ust", dostępna jest w niemal każdej lepiej zaopatrzonej księgarni. Za tezy teologiczne biorą się amatorzy, którzy mają poważne trudności ze zrozumieniem podstawowych pojęć filozoficznych, podstawowych kanonów myślenia i rozumowania z zakresu teorii społecznej. Garstka z nich, opanowana wewnętrzną potrzebą uproszczenia zjawisk z natury rzeczy skomplikowanych, obraca teologiczną terminologią jak szewc kopytem i produkuje paradoksalne bzdury na użytek równie niedokształconych. Tysiące tychże kupują ów "plaster na raka" niepokojów duszy i mieszają śledzie z kompotem, szukając Najwyższej Prawdy w bełkocie Kabały, a wskazówek nadających się do zastosowania w życiu codziennym - w zawiłych konstrukcjach myślowych mistycyzmu. I nic to, że nie zdaliby najprostszego egzaminu z podstaw religioznawstwa - upowszechnienie kultury pozwala im czytać niezrozumiałe dla nich teksty, interpretować je bez zastosowania najprostszych narzędzi interpretacyjnych i propagować swoje "konkluzje" przy pomocy techniki masowego przekazu informacji. Gdyby to chodziło o wiedzę inżynieryjną - nikt by im na takie igraszki z ludzkim życiem nie pozwolił; ponieważ konstruują teorie religijne, a nie mosty czy windy - nie ma paragrafu, z którego można by ich oskarżyć o działalność na szkodę społeczną.

Estetyka kultów to obrażająca poczucie smaku mieszanka pozbawionych znaczenia zapożyczonych elementów, którym ta właśnie kombinacja ma dopiero nadać głębszą treść. Z czym może się to kojarzyć? A na przykład - z rock videos. Toż to ta sama metoda - masowa produkcja taśmowych dziwadeł, pozbawionych myśli, struktury, spójnej estetyki. Byle dziwniej niż wczorajsze, byle uzyskać bardziej niecodzienny efekt. Wymóg stawiany przez zachłanny przemysł nagraniowy, który na naiwności młodego, niedokształconego nabywcy zarabia kolosalne pieniądze - nowe nagranie, nowy klips i szybciej, i jeszcze szybciej - rodzi utworki-potworki, o których nikt nie pamięta po miesiącu. Zanim jednak ten miesiąc minie - obowiązkiem każdego, kto chce dotrzymać kroku współczesności, jest bałwochwalczo podziwiać i widzieć w tym bełkocie głębszy sens, wartościowe przesłanie artystyczne.

Kultura masowa lubi być bełkotliwa (proszę poczytać dialogi komiksów, posłuchać tekstów przebojowych utworów muzyki popularnej). To przyzwyczajenie do bełkotu pozostaje we krwi dorastającego odbiorcy. Ponieważ recepcja bełkotu jest łatwiejsza od recepcji treści o nieprzemijających wartościach - przyzwyczajenie pozostaje i "uwrażliwia" młodego człowieka na siłę przyciągania kultu.

Dla kulturoznawców nie jest tajemnicą, że każda cywilizacja przechodzi kolejno - jak wahadło - z fazy racjonalizmu w fazę irracjonalizmu. I z powrotem. Te wahania da się dość wyraźnie odnotować na skali wieków - trudniej je zauważyć w wymiarze jednostkowego życia, ponieważ trwają po kilkadziesiąt do stu lat. Po fazie racjonalizmu przeszliśmy w drugiej połowie XX wieku w fazę irracjonalną. Triumfy święcą wydawcy horoskopów, majątek zbijają prorocy wszelkiej maści - od "mistrzów" mistycyzmu po mistrzów sprzedających metodę zwalczania raka modlitwą New Age. Od tych, którzy obiecują przekazać ci umiejętność jogicznego latania po tych, którzy obiecują nauczyć cię, jak zrobić kolosalny majątek nie pracując.

Dwieście lat temu myśliciele Oświecenia, jak na przykład Wolter, nadali wszelkiej wiedzy ludzki wymiar, natchnęli cywilizację optymizmem i przekonaniem w intelektualne możliwości człowieka, wykazali tym, którzy chcą ich słuchać, że historia w każdym wymiarze - od epokowego po indywidualny - jest w naszych własnych rękach i nie musi padać na twarz przed żadną "Wielką Tajemnicą". Epoka Oświecenia dała nam wiarę w potęgę ludzkiego rozumu. Tyle, że nie wymyśliła sposobu, jak skłonić ludzi, by z niego korzystali.