Policja od dymków
Władze miasta Toronto wysłały w teren pierwszy oddział policji
antypapierosowej. Ponad dwudziestu specjalnie przeszkolonych funkcjonariuszy
(tajniaków zresztą) śledzić będzie poczynania właścicieli tysięcy
lokali gastronomicznych w mieście - Czy aby na pewno stosują się
do wchodzących w życie rygorystycznych przepisów zakazujących palenia
papierosów we wszystkich restauracjach, barach, piwiarniach etc.
poza ściśle określonymi, wydzielonymi i odrębnie wentylowanymi pomieszczeniami.
Uchwała w tej sprawie jest drakońska, a kary wyjątkowo surowe:
antypapierosowych tajniaków wyposażono w straszną broń - prawo wymierzania
mandatów w wysokości od 100 do 5000 dolarów. Zwróćmy uwagę - to
są mandaty, a nie grzywny, więc pojedynczy tajniak może na przykład
wpaść do lokalu, zauważyć w nim dziesięciu palących gości i wlepić
właścicielowi restauracji dziesięć mandatów po (dajmy na to) 1000
dolarów sztuka, a za godzinę powtórzyć operację. Właściciel knajpy
nie ma żadnej możliwości obrony.
Wprowadzenie tych niemal bezprecedensowych w skali świata przepisów
zasługuje na chwilę zastanowienia. Czy jest to przejaw wyjątkowo
serdecznej troski o nasze zdrowie i finanse? Bezdenna głupota? Czy
może jeszcze coś innego?
Palenie szkodzi
Na wstępie poczynię istotne zastrzeżenie: chociaż jestem niewolnikiem
nikotynowego nałogu, zgadzam się z wszelkimi tezami o szkodliwości
- ba, wyjątkowej szkodliwości dla zdrowia i stanu kasy - palenia
papierosów. Kto pali, ten zatruwa sobie organizm i marnuje swoje
pieniądze. W sumie - czyni głupio. Podkreślam jednak, że każdy palacz
działa na swoją własną szkodę; to zostało dowiedzione i z tym nie
zamierzam wszczynać sporu. Zarazem jednak - żyjemy w społeczeństwie,
w którym można jeszcze (teoretycznie) działać na własną szkodę i
nikogo nie powinno to obchodzić. A więc, rygorystyczne przepisy
zwalczające palenie w miejscach publicznych miały by sens i rację
bytu tylko wówczas, gdyby chroniły społeczność przed innymi zgubnymi
skutkami tego nałogu.
Nawyki jednostek działają na szkodę społeczną wówczas, gdy - po
pierwsze: zmieniają w sposób niekorzystny zachowanie jednostki w
stronę zachowań bezpośrednio zagrażających innym jednostkom; po
drugie - prowadzą do rozprzestrzeniania się epidemii; albo, po trzecie
- wyrządzają innym członkom danej społeczności wyliczalne szkody
finansowe. Żaden z tych warunków nie ma zastosowania do nałogu palenia
papierosów.
Palacze nie szaleją
Stawianie zarzutu numer jeden jest bzdurą w sposób oczywisty. Nikt
nie popada w szał nikotynowy nawet po wypaleniu całego kartonu papierosów.
Nikt nikogo nie zadźgał nożem pod wpływem paczki Benson & Hedges.
Kroniki policyjne nie odnotowują wypadków drogowych spowodowanych
zaciągnięciem się jednym czy większą ilością "dymków".
Zdarza się, że społeczeństwo ponosi wymierne straty i szkody wskutek
konsumpcji alkoholu (wypadki drogowe, bijatyki, znęcanie się nad
członkami rodziny, itp.), wskutek zażycia substancji narkotycznych,
ale nieznane są przypadki wyrządzenia komukolwiek przez kogokolwiek
szkody w wyniku zapalenia papierosa.
Przeciwnie, nikotyna powoduje u palacza uspokojenie, zanik stanu
nerwowości, często - odzyskanie pełnej kontroli nad odruchami. Badania,
jakie przeprowadzono (wcale nie na zlecenie firm wyrabiających papierosy!)
w 1995 roku na Brown University w USA wykazały, że zapalenie papierosa
zwiększa u palacza zdolność koncentracji, wzmaga dopływ energii,
redukuje nasilenie stresu i zmniejsza pobudliwość nerwową. Badanie
przeprowadzono wśród pilotów linii lotniczych, by pomóc im w zerwaniu
z nałogiem. Linie lotnicze zlekceważyły jego wyniki i - jak Air
Canada - szczycą się wprowadzeniem rygorystycznego zakazu palenia
w kokpitach samolotów rejsowych. Ciekawe, czy do czasu pierwszej
katastrofy lotniczej, której przyczyną okaże się brak koncentracji
pilota-palacza, któremu zakazano palenia.
A więc - nie ma z tego punktu widzenia żadnych podstaw do twierdzenia,
że nałóg palenia papierosów jest szkodliwy społecznie.
Palacze nie trują
Zarzut numer dwa podnoszony bywa o wiele częściej i przez niedokładnie
poinformowaną o istocie zagadnienia część opinii publicznej uważany
jest za prawdę naukowo dowiedzioną. Wbrew temu przekonaniu, jest
on jednak równie bezpodstawny. Jak stwierdziłem powyżej, palenie
papierosów jest niewątpliwie szkodliwe dla palacza. Chociaż brak
jest jeszcze w tej sprawie dowodu indukcyjnego, wskazującego nieodparcie
na łańcuch przyczynowo-skutkowy, dowody o charakterze statystycznym
są wystarczająco przekonujące. Wszystko to jednak dotyczy osób bezpośrednio
zażywających tego narkotyku. Palenie szkodzi palaczowi; teza o szkodliwości
tak zwanego "wtórnego palenia" (poza przypadkami osób
cierpiących na alergie) nie została jak dotychczas dowiedziona.
Zajrzyjmy raz jeszcze do wyników badań przeprowadzonych w USA, bowiem
badania kanadyjskie w tym zakresie są o wiele skromniejsze.
Z trzydziestu analiz naukowych dotyczących szkodliwości tzw. wtórnego
palenia, dwadzieścia cztery nie stwierdziły żadnego statystycznie
widocznego związku między wdychaniem dymu papierosowego przez osoby
niepalące a zapadalnością tychże na jakiekolwiek choroby. Tylko
sześciu autorów naukowych rozpraw na ten temat doszło do wniosku,
iż dane statystyczne wskazują na jakiś związek tych dwóch zjawisk.
Najczęściej cytowane są wyniki badań Katharine S. Hammond, opublikowane
w "The Journal of American Medical Association". Metodologia
badań autorki i wysnute przez nią konkluzje były wielokrotnie atakowane
za "niedokładność" (innymi słowy: grubą przesadę w malowaniu
zagrożenia, jakim jest "second-hand smoke"), ale przyjmijmy
nawet, że uzyskane przez nią dane są dokładne, rzetelnie zebrane,
a jej konkluzje naukowo uzasadnione. Co z nich jednak - przy nieco
staranniejszym oglądzie - wynika?
Otóż, amerykańskie normy zagrożenia środowiskowego uznają, iż zagrożenie
owo istnieje, jeśli obecność danej substancji w środowisku powoduje
jeden przypadek zachorowania na tysiąc poddanych działaniu owej
substancji osób. Dopiero wówczas istnieją podstawy, by wydać przepisy
regulujące zastosowanie danej substancji - na przykład w procesie
produkcyjnym. Jak wynika z danych zebranych przez Katharine S. Hammond,
zagrożenie takie wystąpi w przypadku "wtórnego palenia"
przy koncentracji 6.8 mikrogramów dymu tytoniowego na metr sześcienny
powietrza przez 45 lat poddania jednostki temu wpływowi. Stosując
bardziej rygorystyczne normy, Katharine S. Hammond uznała, iż zagrożenie
jest wymierne, jeśli koncentracja dymu wynosi 2.3 mikrogramów dymu
na m3 przez okres 40 lat. A i tak połowa miejsc pracy, w których
kierownictwo w ogóle nie ograniczało palenia, nie przekraczała granicy
wymiernego zagrożenia, a tylko 12% tych zakładów i firm przekraczało
państwową normę zagrożenia dla zdrowia pracowników.
Przypominam: trzeba spędzić w tym środowisku odpowiednio 40 lub
45 lat, by szkodliwość była statystycznie zauważalna.
Dla porównania - wdychanie "czystego" miejskiego powietrza
dwukrotnie przekracza amerykańską normę zagrożenia dla zdrowia -
powoduje zagrożenie rakiem płuc w jednym przypadku na pięćset. Jeśli
uwzględnić oba czynniki razem i przyjąć, że ryzyko zachorowania
na raka płuc dla mieszkającej w wielkim mieście osoby niepalącej
wynosi 1, to dla tejże osoby niepalącej, lecz przebywającej w środowisku
zanieczyszczonym "wtórnym" dymem z papierosów wzrasta
ono do współczynnika 1.19. Dla palacza zaś - do ponad 30.
Tymczasem, stosując tę samą metodologię i te same normy, należy
dojść do wniosku, iż współczynnik zagrożenia rakiem płuc dla osób
niepalących i nie przebywających w środowisku, w którym obecny jest
"wtórny" dym, a za to spożywających produkty żywnościowe
o wysokiej zawartości tłuszczu zwierzęcego wynosi (patrz "Journal
of National Cancer Institute") 6.14, a dla osób wypijających
codziennie co najmniej dwie szklanki mleka - 1.52.
Innymi słowy - osoba niepaląca, a pracująca w środowisku zanieczyszczonym
dymem papierosowym "wypala" jednego papierosa na miesiąc,
czyli paczkę papierosów na dwa lata. Nałogowi palacze wypalają zwykle
około kartonu papierosów tygodniowo i dopiero po kilku lub kilkunastu
latach takiego zatruwania organizmu notują w nim pierwsze szkody.
Jeszcze inaczej - osoba pracująca nieustannie w atmosferze zanieczyszczonej
dymem tytoniowym naraża się w pięćdziesięciu procentach przypadków
na ryzyko zapadnięcia na raka płuc ze współczynnikiem 3 na 10 tysięcy
przypadków. Osoba osiedlająca się w Toronto naraża się na takie
samo ryzyko w stu procentach przypadków ze współczynnikiem 20 na
10 tysięcy przypadków. Kto nie pali, ale pracuje z palaczami przez
40 godzin tygodniowo przez 45 lat, ponosi dwukrotnie mniejsze ryzyko
niż ten, kto po prostu mieszka w Toronto lub innym wielkim mieście
cywilizowanego świata.
Choroby weneryczne zabijają co roku tysiące osób. Jeśli zastosować
do nich tę samą logikę, którą stosuje się wobec "wtórnego palenia",
należałoby obłożyć ciężkimi mandatami każdy przypadek pozamałżeńskiego
seksu. Jeden promil alkoholu we krwi obniża w sposób statystycznie
uchwytny zdolność koncentracji i refleks kierowcy. A tymczasem po
kanadyjskich drogach, szosach, ulicach i autostradach można prowadzić
samochód i narażać siebie i innych na dramatyczne wypadki drogowe
mając we krwi 8 promili alkoholu. Gdzie sens, gdzie logika?
Palacze nie kosztują
Wreszcie - zarzut trzeci (ekonomiczny). Czy palacze kosztują społeczeństwo?
Przeciwnicy palenia mówią o kosztach leczenia, o miejscach w szpitalach
i tak dalej. Zjawisko palenia papierosów ma jednak (z ekonomicznego
punktu widzenia) także i drugą stronę medalu. Gdybyśmy wszyscy w
Kanadzie nagle od jutra rzucili palenie, byłaby to klęska finansowa
dla władz wszystkich szczebli. Wszak wyroby tytoniowe obłożone są
olbrzymimi podatkami. Z wyliczeń fachowców wynika, iż każdy, kto
pali paczkę dziennie, wpłaca tym samym do kasy w Ontario $547 rocznie.
Na Nowej Fundlandii nałóg ten przynosi od każdego palacza $1510
rocznie. Amerykański przemysł tytoniowy zapewnia miejsca pracy niemal
700 tysiącom osób, które (jeśli wszyscy rzucimy palenie) wzbogacą
szeregi bezrobotnych, a na dodatek wpłaca do kasy państwa około
13 miliardów dolarów rocznie w podatkach.
Co więcej - palenie zabija, ale zabija powoli i najczęściej osoby
w podeszłym wieku. Palacz skraca sobie życie (statystycznie rzecz
ujmując) o sześć i pół roku. Jest to jednak sześć i pół roku odjęte
na koniec życia, gdy osoba ta jest już na emeryturze i w większym
stopniu korzysta z zasobów państwowego systemu gospodarczego niż
przyczynia się do wzbogacenia go. Gdyby wszyscy palacze rzucili
palenie i dzięki temu żyli o sześć i pół roku dłużej każdy - byłoby
to katastrofą dla i tak zmagającego się z poważnymi problemami kanadyjskiego
funduszu emerytalnego CPP. Nie mówiąc już o wzroście ogólnych kosztów
opieki społecznej i medycznej nad o tyle liczniejszą armią emerytów.
Brzmi to bardzo brutalnie i niehumanitarnie, ale spoglądając na
zagadnienie z punktu widzenia ekonomii państwa - palacze, skracając
sobie życie i płacąc dodatkowe podatki za swój nałóg, przyczyniają
się netto do poprawy naszej wspólnej sytuacji finansowej.
I trzeci więc teoretycznie możliwy powód, dla którego należałoby
tak energicznie zwalczać palenie, okazuje się mitem. Dlaczego więc
władze Toronto, w którym jest kilka istotnych spraw do załatwienia,
poświęcają czas, pieniądze i energię na zwalczanie palenia i rygorystyczne
wymuszanie absurdalnego całkowitego zakazu palenia w restauracjach
czy barach?
Dlaczego?
Mam na ten temat swoją teorię. Moim zdaniem wszystko to zawdzięczamy...
upadkowi Związku Sowieckiego. Wraz z gospodarczą, polityczną, społeczną
i propagandową klęską światowego komunizmu drastycznej redukcji
uległ nadający się do realizacji (bowiem - akceptowany przez opinię
publiczną) plan działań światowej lewicy. Gdy okazało się, że nie
jest rozwiązaniem praktycznym oddanie pod władzę państwową całej
działalności ekonomicznej państwa, gdy niefortunnym pomysłem okazało
się skupienie życia politycznego w ramy jednej partii, gdy wszechwładza
aparatu administracji publicznej okazała się niekorzystna dla rozwoju
społeczeństwa - lewica politycznego spektrum pozostała niemal bez
zajęcia. Czym prędzej więc przystąpiono do wymyślania innych ważnych
zakresów, w których dałoby się naprawić świat.
Co gorsze - przepełnieni energią potomkowie orwellowskiego Wielkiego
Brata zaprzęgli do swych projektów statystykę, wiedzę pozornie łatwą
i przyjemną, a w istocie trudną i skomplikowaną. Mój kolega statystyk
oferował mi kiedyś współpracę dziennikarską - ja miałem wymyślać
dowolne tezy, a on dostarczałby na ich poparcie danych statystycznych.
Ja nie skorzystałem, ale we współczesnych środkach masowego przekazu
natykam się nieustannie na "materiały dziennikarskie"
bogate w podobne zestawy danych statystycznych, ubogie natomiast
w przemyślenia.
Z "naprawiaczami świata" niesłychanie trudno jest prowadzić
rzeczową dyskusję. Są najczęściej fanatykami wybranego zagadnienia
i głos sprzeciwu traktują jak świętokradztwo. Niemniej - trzeba
uważać na ich poczynania i trzeźwo oceniać proponowane przez nich
rozwiązania, zanim wpędzą nas w opary absurdu. Bo, jeśli zlekceważymy
to zagrożenie dla swobód obywatelskich, okazać się jutro może, iż
ktoś statystycznie udowodnił szkodliwość dla zdrowia, a tym samym
dla społeczeństwa, nadwagi i - by tejże skutecznie zapobiegać -
wyda nakaz poruszania się po ulicach Toronto truchtem oraz zakaz
zjeżdżania windą, bo schodzenie po schodach jest (jak to udowodni
jakiś naukowiec na łamach jakiegoś fachowego pisma) znacznie zdrowsze.
|