Jeszcze raz
W sobotnie przedpołudnie, na leśnej działce gdzieś za Pułtuskiem
Ala i Teresa krzątają się w kuchni letniskowego domku. Szykują nie
lada przyjęcie - wszak wkrótce przybędzie tu kilkanaście osób, dawno
nie widzianych gości. Naprawdę dawno nie widzianych - to grono,
które ma się zebrać, nie spotkało się w tym składzie od ponad trzydziestu
lat.
W połowie lat sześćdziesiątych chodziliśmy razem do szkoły, do
jednego z mniej słynnych i znanych warszawskich liceów. Trafiliśmy
do jednej klasy - oczywiście - przypadkiem. Później, cała seria
przypadków sprawiła, że rozjechaliśmy się po świecie i dopiero teraz,
jakoś tak przypadkiem, wpadliśmy na pomysł, by spotkać się i zobaczyć,
co z nas wyrosło. Jak poradziło sobie w życiu ponad trzydzieścioro
ludzi, którzy kiedyś razem zaczynali naukę w szkole średniej, razem
jeździli na szkolne wycieczki, razem podpadali nauczycielom, razem
wymykali się szkolnej dyscyplinie i uczyli się najważniejszej chyba
sztuki - współżycia z ludźmi, przyjaźni, koleżeństwa.

Tak wyglądaliśmy w 1966 roku
Nie wszyscy dotarli na ten nieoficjalny zlot. Części przeszkodziły
różne okoliczności, części nie udało się po latach odnaleźć. Na
leśną działkę pod Pułtuskiem dotarło nas osiemnaścioro - mniej więcej
połowa spośród tych, których chcieliśmy zobaczyć. Myślę, że to i
tak dużo - tym bardziej, że kilkoro z nas pokonało w drodze na ten
zlot kilka tysięcy kilometrów.
Jeśli coś - jak sądzę - wyróżnia naszą dawną klasę, to chyba właśnie
rozproszenie po świecie. "Duch sprawczy" imprezy, Janusz,
od lat jest profesorem matematyki na uniwersytecie w Pensylwanii.
Pamiętałem go jako szczupłego blondyna w okularach, ale dziwnym
trafem nie miałem trudności z rozpoznaniem kolegi, z którym kiedyś
razem znaleźliśmy się na szkolnej scenie w przedstawieniu, które
było naszą ucieczką z nielubianych lekcji biologii. Wprawdzie nie
jest dzisiaj (jak i ja) szczupły, wprawdzie bujna blond czupryna
gdzieś zniknęła, ale pozostało poczucie humoru i niesforny stosunek
do świata. Pan profesor jest "na luzie" - jak "na
luzie" był Janusz, ksywka "Łysy".
W Stanach Zjednoczonych znalazło się jeszcze dwoje absolwentów
naszej klasy - Piotr, który na zjazd pod Pułtuskiem nie dotarł,
mieszka gdzieś w Kalifornii; Elżbieta od ponad dwudziestu lat mieszka
i pracuje w Buffalo w stanie Nowy Jork. I ona zostawiła na kilkanaście
dni rodzinę i swoje sprawy zawodowe, by znowu znaleźć się w grupie
koleżanek i kolegów ze szkolnych ławek. Rozmawiałem z nią przez
telefon jeszcze przed tym spotkaniem - nie ma co kryć, że nasz wygląd
przez te lata uległ poważnym zmianom, ale okazuje się, że ton głosu,
sposób mówienia zmienia się z upływem lat o wiele mniej. Głos Elżbiety
rozpoznałem bez trudu nawet po trzydziestu latach.
By zamknąć "listę obecności" klasowych kolegów z amerykańskiego
kontynentu, muszę przytoczyć przypadek Rimmy. Opuściła Polskę przed
29 laty, na fali niepokoju wywołanego niesławnym Marcem '68. Od
tego czasu nigdy nie była w Polsce, jej podróż na spotkanie z dawną
klasą była największym przełomem. A zaczęła się ona w... Toronto.
Tu mieszka od kilku lat, po dłuższym okresie spędzonym w Bostonie,
tu pracuje na torontońskim uniwersytecie. Koleżanka z klasy, spotkana
po tylu latach na koleżeńskim zjeździe, jest tak bliską sąsiadką.
Naszą "amerykańską" piątkę uzupełnia całkiem liczna grupa
zamieszkała obecnie w różnych państwach europejskich. Gośka - w
Wiedniu; Bożena - w Paryżu; siostry-bliźniaczki zwane nieodmiennie
"Koty" - w Anglii. Wiesiek, na którego nikt poza nauczycielami
nie powiedział nigdy inaczej jak "Duś" - w stolicy Finlandii,
Helsinkach.
Geograficzny rozrzut naszej klasy uzupełnia Marek, o którym nikt
nic od lat nie słyszał, Podobno utknął w Republice Afryki Środkowej,
ale nikt nic pewnego na ten temat nie wie.
Osiemnaście osób, które krąży wokół stołów na leśnej działce Ali
(trudno było zapomnieć tę śliczną dziewczynę; nic dziwnego, że przez
lata pracowała jako stewardessa "Lot"-u), daremnie usiłuje
w jedno popołudnie wymienić między sobą swe biografie, adresy, wspomnienia.
Obiecuję podwoić wysiłki, by odnaleźć i przesłać Elżbiecie kopię
zdjęcia, które przed laty zrobiłem jej na basenie warszawskiej "Legii".
Przez tyle lat chowałem je starannie w różnych albumach i pudełkach
(mieliśmy wtedy po szesnaście lat), lecz chyba jednak straciłem
je bezpowrotnie wyjeżdżając z Warszawy. Z "Łysym" marzy
nam się przez chwilę jeszcze kilka robrów brydża, jak wtedy, kiedy
to urywaliśmy się z ostatnich dwóch lekcji, by mieć nieco więcej
czasu na ulubioną rozrywkę. Jak tu jednak zebrać czwórkę, skoro
on w Pensylwanii, ja w Toronto, Duś w Helsinkach, Marek gdzieś w
Afryce...
Kostek nic się nie zmienił (jeśli to możliwe po trzydziestu latach).
Tyle, że kiedyś trudno było traktować go poważnie, a dzisiaj podobno
naprawia mikroskopy elektronowe. Lechu coś przebąkuje o emeryturze
- osiągnął najwyższy możliwy stopień pułkownika w służbie pożarniczej
i śmieje się, że nie ma już o co zabiegać. Mistrzyni świata Teresa
schowała do szafy sportowe trofea i mówi, że z wielkim wyczynowym
sportem nie ma i nie będzie już miała nic wspólnego. Jej pasją jest
dziś jej sklep z kosmetykami, odżywkami, wyposażeniem ułatwiającym
troskę o własne zdrowie. Jak kiedyś przez sprinterskie płotki, tak
dzisiaj skacze przez bariery stawiane jej przez władze, dostawców,
"fachowców", czasem - klientów. Jurek produkuje unikalną
aparaturę rentgenowską, Jolka od ćwierć wieku uczy angielskiego
na warszawskiej uczelni, Ilona....., Monika.......
Przeszliśmy w ciągu tych trzydziestu lat z okładem przez chyba
wszystkie perypetie ludzkich losów. Chociaż trudno w to uwierzyć,
nie wszyscy z nas są już wśród nas. Na te trzydzieści kilka biografii
składa się kilka tragedii i kilka szczęśliwych, spokojnych żywotów,
znaczna gromada dzieci i kilka spraw rozwodowych. Ktoś odniósł -
jak można sądzić - sukces, ktoś - ot, tak sobie... Jak to w życiu.
Czy przejdziemy do historii? Bez megalomanii. Tuż przed naszym
"zlotem" Janusz, Elżbieta i Rimma wpadli na chwilę do
naszej dawnej szkoły i stwierdzili, że śladu tam po nas nie ma.
Oczywiście, nie znaleźli już nikogo z naszych nauczycieli, bowiem
większość z nich już nie żyje. Gorzej, że nie znaleźli nawet naszego
klasowego dziennika. Wszystkie inne są, a nasz gdzieś przepadł -
wbrew przepisom, ale za to w zgodzie z ironią losu.
I tylko Rimma jeszcze raz usiadła na parapecie pod oknem, gdzie
można ją było trzydzieści kilka lat temu zobaczyć na każdej przerwie.
Po co nam to wszystko było? W jedną sobotę nie odrobimy zaległości
z ponad trzydziestu lat. Gdyby ktoś chciał sporządzić - dla celów
socjologicznych? - nasz zbiorowy portret, musiałby się sporo napracować
nad ponad trzydziestoma biografiami, które tak daleko i szeroko
rozeszły się po starcie z jednego punktu wyjściowego - matury warszawskiego
"Kopernika". Nie wiem, czy nasze losy były typowe, czy
nie. Czy z ich materii można wyciągać jakieś głębsze, istotniejsze
wnioski publicystyczne, czy też pozostaje tylko możliwość sporządzenia
reporterskiego opisu. Sam należę do tej grupy, więc nie mam obiektywnego
spojrzenia na jej losy, jej dokonania, jej słabe i mocne strony.
Czy to, że tak wielu z nas rozsypało się po świecie i że jakoś poradziliśmy
sobie na obcym gruncie - to dobrze o nas świadczy, bo byliśmy dzielni
i przedsiębiorczy, czy też jest może potwierdzeniem porażki pewnej
warstwy polskiego narodu, skoro aż tylu z nas poza Polską szukało
i znalazło możliwość realizacji swych ambicji i planów.
Jeden weekendowy dzień w lesie pod Pułtuskiem, a materiałów do
przemyśleń i rozważań...
A jednak sądzę, że byliśmy niezwykłą grupą. Po ponad trzydziestu
latach spotkaliśmy się i bez chwili wahania podjęliśmy rozmowę w
tym samym tonie, w którym kiedyś rozmawialiśmy na korytarzu naszego
liceum. Gdy Joanna (a może to była Marzena? Albo Ilona?) wyjęła
paczkę starych zdjęć ze szkolnej wycieczki, rzuciliśmy się na nie
jak na okienko, przez które raz jeszcze ujrzymy fajną, młodzieńczą
przeszłość. Nikomu nie przyszło do głowy traktować te zdjęcia jak
historyczną dokumentację zamierzchłej przeszłości, do której już
nie ma (i dobrze?) powrotu.
W drodze powrotnej do Toronto zatrzymałem się, dzięki uprzejmości
linii lotniczych Finnair, na dzień w Helsinkach. Można w tym mieście
zwiedzić kilka obiektów turystycznych, lecz można też... Wziąłem
do ręki książkę telefoniczną, odnalazłem nazwisko Dusia. Zadzwoniłem.
Odebrała telefon żona.
- "Duś jest w pracy, skończy późno wieczorem...", ale
podała mi jego numer telefonu komórkowego.
- "Cześć Duś, mówi Jacek Kozak..."
Był to bardzo długi wieczór w Helsinkach.
Za cztery lata chcemy ponownie spotkać się - mamy nadzieję, że
tym razem w jeszcze liczniejszym gronie, że przez te cztery lata
uda się jeszcze kogoś odnaleźć, jeszcze lepiej wszystko zorganizować.
Bo jednak - wszystkim nam na tym zależy. Oto lekcja, którą kiedyś,
gdzieś, w niezauważony przez nas sposób przekazała nam nasza warszawska
szkoła.
|