Amerykańska droga
A właściwie - rozwinięcie nazwy korporacji Amway należałoby tłumaczyć
jako "amerykańska metoda" albo "amerykański sposób".
Na życie, na zarabianie pieniędzy, na ułożenie sobie stosunków z
innymi ludźmi, na radzenie sobie z kłopotami zewnętrznymi i wewnętrznymi.
Korporacja ma lekarstwo na wszystko - a przynajmniej tak twierdzą
jej ludzie. Jak oświadczył mi jeden z nich w nieoficjalnej rozmowie
- Każdy inteligentny człowiek powinien być w Amwayu. Śmiem być wręcz
przeciwnego zdania.
Część spośród P.T. Czytelników zetknęła się mniej lub bardziej
dotkliwie z działalnością tej korporacji i ma na jej temat wyrobione
zdanie. "Gazeta" opublikowała jakiś czas temu serię wielce
apologetycznych artykułów na temat Amwaya - pisanych, jak się łatwo
domyśleć, przez dystrybutora korporacji, czyli człowieka bezpośrednio
i materialnie zainteresowanego w szerzeniu amwayowskiej propagandy.
Dla części czytelników jednak Amway jest jeszcze ciągle terminem
praktycznie nieznanym. Przyjrzyjmy się nieco dokładniej istocie
działalności tej amerykańskiej firmy na terenie Kanady (a ostatnio
i Polski), bowiem z pewnego przynajmniej punktu widzenia jest ona
wielce niekorzystnym efektem czy to kanadyjsko-amerykańskiego układu
o wolnym handlu, czy przemian polityczno-społecznych w Polsce. Daleko
bardziej niekorzystnym niż bezrobocie, inflacja, utrata wartości
pieniądza czy narastanie przestępczości.
Korporacja Amway działa w oparciu o zasady tzw. "network marketingu".
Sprowadza się to - w najogólniejszych zarysach - do faktu, że towary
oferowane przez korporację na sprzedaż nie są dostępne w sklepach,
a można je uzyskać jedynie za pośrednictwem zarejestrowanego dystrybutora
firmy lub (ale tylko, jeśli sam się, Czytelniku, zarejestrujesz)
zamawiając je bezpośrednio w firmie i oczekując na dostawę pocztą.
System rozprowadzania produktów metodą "network marketing"
jest unowocześnioną i bardziej wyrafinowaną formą sprzedaży stosowanej
przez wiele amerykańskich i nie tylko amerykańskich firm handlowych
- sprzedaży katalogowej. Różnica między - dajmy na to - Searsem,
który od dziesiątków lat sprzedawał swoje towary poprzez zamówienia
katalogowe i wysyłkę pocztową, a Amwayem, który - jak mogłoby się
wydawać, robi to samo - pozornie nie jest wielka; w gruncie rzeczy
jednak nie rzucające się w oczy zmiany w funkcjonowaniu systemu
sprawiają, że jest to już całkiem nowa jakość.
"asłem, które ma przyciągać do Amwaya kandydatów na dystrybutorów,
jest "własny biznes". Od pierwszej chwili, gdy tylko uda
się dystrybutorowi tej firmy zawładnąć uwagą ewentualnego nowego
amwayowca, mowa jest na przemian o nie porównywalnych z żadną inną
pracą dochodach oraz o niezależności. Własny biznes, własny wysiłek,
praca dla siebie, własna inicjatywa itd.
Już pobieżna analiza struktury i sposobu funkcjonowania Amwaya
wykazuje, że co najmniej druga część owej propagandowej śpiewki
jest bezczelnym łgarstwem. Dystrybutor Amwaya nie jest właścicielem
żadnego własnego biznesu, niczego nie produkuje, na niczym nie musi
się znać, nie świadczy żadnych usług dla klienta, nie podejmuje
żadnych decyzji biznesowych, nie ma nic do powiedzenia co do asortymentu
towarów, jakie oferuje, nie może ustalać własnych cen, nikogo nie
zatrudnia, niczego nie tworzy, a jego własna inicjatywa ogranicza
się do wyboru - kiedy i jak często będzie wiernie wykonywał nakreślone
dla niego zadania. Jest w istocie - w strukturze korporacji - całkowicie
zależnym od jej kierownictwa sprzedawcą. Tyle, że w odróżnieniu
od sytuacji innych sprzedawców w tradycyjnych firmach handlowych,
pracuje wyłącznie na akord i w systemie nielimitowanego czasu pracy.
Nie ma też żadnego zabezpieczenia finansowego związanego z podpisanym
kontraktem.
Zgoda - dystrybutor Amwaya nie ma nad sobą żadnego bezpośredniego
szefa. Nikt mu nie każe przychodzić do pracy na ósmą czy dziewiątą,
jego awans nie zależy od widzimisię głupszego odeń przełożonego.
Całą tę skomplikowaną strukturę zastąpiono regułą "nie pracujesz,
nie sprzedajesz, nie werbujesz nowych dystrybutorów - nie zarabiasz.
Ani centa."
Normalnie, w przedsiębiorstwach handlowych, sprzedawcy otrzymują
podstawowe wynagrodzenie za to, że podejmują się sprzedawać towary
firmy, a dodatkowo (zależnie od tego, jak im się to udaje) otrzymują
określoną prowizję. Olbrzymia większość firm ma po prostu zaufanie
do jakości i atrakcyjności swych towarów. Amway strukturę tę drastycznie
uprościł - regularnego wynagrodzenia nie ma, jest tylko (porównywalnie
z innymi sektorami handlu - bardzo niska) prowizja. Płatna zresztą
- o czym za chwilę - nie tyle od obrotu towarem, co w istocie od
zwerbowanych kolejnych dystrybutorów.
Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza rzut oka na towary
oferowane przez korporację. Nie ma ich w tradycyjnych sklepach nie
tylko dlatego, że tak zdecydowała korporacja, ale przede wszystkim
dlatego, że nigdy by w normalnej sieci handlowej nie utrzymały się
na rynku. W olbrzymiej większości są to artykuły mało atrakcyjne,
nie najlepiej prezentowane, nie nowoczesne, nie nadążające za innowacjami
produkcyjnymi i projektowymi, nie zachęcające do kupna. Największą
wadą (z handlowego punktu widzenia) towarów korporacji jest ich
bezbarwność i ziejąca z nich nuda. Faktycznie, trzeba przyznać,
że jakość znacznej części asortymentu jest wysoka (a poza tym firma
gwarantuje stuprocentowy zwrot kosztów jeśli towar nie przypadnie
do gustu użytkownikowi), ale szanse tych produktów na popularność
na rynku zawsze były i są nikłe. Między innymi także i dlatego,
że większość oferowanych produktów to silne koncentraty, a więc
ich cena jednostkowa jest wysoka - wyższa od porównywalnych wielkością
opakowań produktów innych firm. Klienta buszującego w sklepie trudno
jest przekonać, że z takiej samej wielkości opakowania jakiegoś
towaru będzie miał nieporównywalnie większą korzyść, bo produkt
będzie bardziej ekonomiczny w użyciu. Tego nie załatwi nawet reklama.
To trzeba klientowi "wprasować" w mózg. I do tego służą
dystrybutorzy.
Stąd też podstawowa zasada Amwaya, utrwalona w swoistym "dekalogu"
zasad prowadzenia "biznesu" serwowanym każdemu nowemu
dystrybutorowi - Używaj produktów swojej firmy! Faktycznie, jak
tu przekonać kogokolwiek do kupna bardzo przeciętnej jakości amwayowego
mydła, jeśli samemu masz w łazience kostkę "Irish Spring"?
Tak więc, życiową koniecznością zapisania się w szeregi amwayowskich
dystrybutorów jest niepisany, ale całkiem realny przymus - w Twoim,
dystrybutorze, domu myć się wszyscy będą mydłem Amwaya (jeden zapach),
prać w proszku Amwaya (doskonały), wycierać usta amwayowymi serwetkami
(tylko białe) i tak dalej. Im więcej tego masz w domu, im bardziej
przekształcisz swój dom w salon korporacji, tym szybciej osiągniesz
obiecywaną Ci niezależność.
Pytanie - od czego? Podobną niezależność i swobodę mieli Chińczycy
za czasów sekretarza Mao; każdy miał pełne prawo chodzić w jednakowym
dla miliarda współobywateli mundurku.
Z asortymentem i atrakcyjnością w sprzedaży towarów korporacji
Amway wiąże się druga sprawa - dochodów, jakie korporacja obiecuje
swoim dystrybutorom. W olbrzymiej większości przypadków są one iluzoryczne.
Po pierwsze dlatego, że marża, jaką otrzymuje za sprzedane towary
dystrybutor, jest skalkulowana na wyjątkowo niskim poziomie. Tak
więc, zarobić na sprzedaży tych towarów można właściwie tylko wówczas,
jeśli przez konto dystrybutora przechodzi olbrzymia ich ilość. A
to nie takie proste, jeśli uwzględnić fakt, że wszystko trzeba samemu
wpisywać w formularze, dyktować przez telefon, odbierać i zawozić
klientowi. Jeśli, Czytelniku, marzysz o finansowej niezależności
poprzez przeznaczenie części swego domu na swoisty lokal sklepowy
- zostaw Amwaya w spokoju. Ta korporacja zapłaci Ci za Twą pracę
może 50 centów za godzinę, a może i mniej. Jedyny sposób, by coś
na tym wszystkim zarobić, to podstawowa zasada najbardziej bezwzględnego,
pierwotnego, XIX-wiecznego darwinowskiego kapitalizmu - skłonić
innych, by pracowali na Ciebie. Jeśli to Ci się powiedzie - rzeczywiście
masz szanse znaleźć się w bardzo, ale to bardzo nielicznej (o czym
poniżej) grupie amwayowców, którzy dorobili się jakiegoś majątku.
Ale nie na dystrybucji towarów - na wykorzystywaniu pracy innych.
Tak właściwie, opłacalne w tym interesie jest dopiero osiągnięcie
szczebla, nazywanego przez wtajemniczonych "szmaragdem".
Taki "szmaragd" może liczyć już na dochody pozwalające
na rezygnację z innej pracy zarobkowej. By jednak zwykły dystrybutor
został "szmaragdem", trzeba, by zwerbowani przez niego
dystrybutorzy zapewniali korporacji obroty rzędu 50 tysięcy dolarów
miesięcznie. I to w trzech niezależnych od siebie grupach, tzw.
"nogach". Z oferowanych przez samą korporację danych wynika,
że przeciętna średnio zamożna rodzina na tym kontynencie wydaje
na ten asortyment towarów, które może (chociaż nie musi) kupować
od Amwaya, około 200 dolarów miesięcznie. Prosty rachunek wykazuje,
że by osiągnąć szczebel tak szczodrze obiecywanej przez dystrybutorów
niezależności finansowej, należy zwerbować dla korporacji około
200 kolejnych dystrybutorów! A i wówczas Twój sukces, kandydacie
na milionera, zależeć będzie od stałości zamówień Twojej "siatki"
i to przez pewien określony tabelą okres czasu. Jeśli siatka osłabnie,
jeśli sprzedaż spadnie - wracasz do punktu wyjścia.
Propagandziści Amwaya obiecują "własny biznes", niezależność
finansową, swobodę, majątek i spokojną głowę; rzeczywistość jest
jakby nieco bardziej skrzekliwa.
Jak podaje prestiżowy i ceniony tygodnik "Forbes" zajmujący
się wyłącznie sprawami biznesu, przeciętnie każdy z miliona aktywnie
działających dystrybutorów Amwaya sprzedaje towary o łącznej wartości
1700 dolarów rocznie. Jak się nie trudno domyśleć - niewiele z tej
sumy może trafić do kieszeni tego właśnie dystrybutora. W istocie
- według danych zaczerpniętych z tego samego źródła - aż 97% owych
aktywnych dystrybutorów wykazuje finansowe straty z tytułu swej
działalności! Kto więc zarabia? 95% dochodów ze sprzedaży towarów
Amwaya trafia do kieszeni 0,2% najbardziej "zasłużonych"
dystrybutorów. To właśnie ci, których wille w Kalifornii i luksusowe
samochody oglądają na zdjęciach kandydaci na amwayowskich milionerów.
Na wszelki wypadek firma nie propaguje szeroko danych na temat ilu
ich jest i ilu zwykłych, szeregowych dystrybutorów pracuje na dobrobyt
i niezależność finansową swych liderów. Przez rok bliskich kontaktów
z Amwayem nie udało mi się stwierdzić, jaka jest proporcja tych,
którzy już z amwayowych dochodów żyją, do tych, którzy dopiero na
nie liczą. Takiej informacji jakoś dziwnie nie oferował żaden z
przekonujących mnie do Amwaya "misjonarzy".
Jak to się więc dzieje, że aż milion ludzi na tym kontynencie zajmuje
się dystrybucją towarów Amwaya, że aż milion ludzi wychowanych w
warunkach wolnego rynku, znających jego realia, przyzwyczajonych
do liczenia i kalkulowania opłacalności - wierzy w Amwaya z intensywnością
wiary średniowiecznych misjonarzy? Naiwni? Cynicy? W swoich kontaktach
z dystrybutorami korporacji spotkałem trochę jednych, trochę drugich.
Ci pierwsi długo w niej nie zostają. Ci drudzy... jeśli spotkasz
na swej drodze, Czytelniku, kogoś, kto tej działalności poświęcił
już dłuższy czas - możesz być pewny, że olbrzymia większość z tego,
co usłyszysz, to wyuczona propaganda, w którą w znacznym stopniu
sam głoszący ją nie wierzy.
Propaganda owa bowiem, którą dystrybutorzy Amwaya wolą nazywać
bardziej eleganckim terminem "działalność motywacyjna",
to klucz do sukcesu korporacji. Nie tylko zresztą w wymiarze jej
struktury i obrotu towarami oferowanymi w katalogu. Około 30% dochodów
najwyższych rangą dystrybutorów korporacji, owych "diamentów",
"rubinów" i "szmaragdów", to wpływy wcale nie
z handlu towarami, o jakich mówią na pierwszych spotkaniach, lecz
ze sprzedaży własnym dystrybutorom taśm, książek, materiałów informacyjnych,
biletów wstępu na "seminaria" (na których nikt nikogo
niczego nie uczy, a które służą tylko wielokrotnemu powtarzaniu
hasła "Pokazuj Plan! O każdej porze, w każdych warunkach pokazuj
Plan!"). No i oczywiście z występów na estradzie, za obserwację
których nowi dystrybutorzy płacą bywa że i setki dolarów od osoby.
O tym, że jest to integralna, nieodłączna część Wielkiego Planu,
nikt ich oczywiście na owych pierwszych spotkaniach nie informuje.
Dlatego właśnie działalność korporacji po raz drugi już jest przedmiotem
śledztwa amerykańskiej Federal Trade Commission, ustawowo zobowiązanej
do nadzorowania uczciwości w handlu. Pierwsze śledztwo i podjęte
w jego wyniku działania w połowie lat 80-tych skończyły się wielką
czystką w szeregach śmietanki "drogich kamieni", zwanej
popularnie elitą Czarnych Kapeluszy, oraz spadkiem obrotów korporacji
niemal o połowę.
Bez owej propagandy sukcesu, bez świecenia po oczach kandydatom
fotosami z willi kilku najbogatszych inicjatorów systemu, cała koncepcja
"network marketing" w wydaniu Amwaya dawno przepadła by
z kretesem. Wcześniej czy później nawet najbardziej naiwny, najbardziej
oszołomiony perspektywą błyskawicznej fortuny dystrybutor otrzeźwiałby
i policzył, co mu się opłaca, a co nie. Dlatego też jak najczęściej
należy ponownie rozpalać mu w oczach wizję wieczystej szczęśliwości
na Hawajach czy Bahamach, na korporacyjnych jachtach i w korporacyjnych
luksusach. Dlatego Amway organizuje, gdzie i kiedy się tylko da,
swoje "motywacyjne" wiece. Dlatego dobrotliwie uśmiechnięci
amwayowcy wpadają do ciebie do domu niby to na towarzyską pogawędkę,
a w rzeczywistości, by zapytać: "Ile telefonów wykonałeś dzisiaj?
Ile nazwisk masz na liście kandydatów do zwerbowania? Dlaczego tak
mało?".
Dlatego też żadna inna korporacja przemysłowa czy handlowa nie
poświęca tyle uwagi urządzaniu spektakularnych "zjazdów rodzinnych",
wieców czy "seminariów" z taką częstotliwością i w tak
imponującej oprawie (której koszty ponoszą oczywiście "zapraszani"
dystrybutorzy). Dlatego szef największej firmy programów komputerowych
Microsoft, Bill Gates, pokazuje się na zdjęciach w golfie i w swobodnej
pozie, a jeden z wyżej wspomnianych "czarnych kapeluszy"
Amwaya na "rodzinny zjazd" w New Jersey przybył... śnieżnobiałym
Rolls-Royce'm. Nie wątpię, że wykonujący ów pojazd na zamówienie
projektanci R&R w Anglii uśmieli się zdrowo z estetycznego gustu
zamówieniodawcy. Nie rozumieli (z oddali), że wcale nie chodzi o
to, by samochód ów podobał się jego właścicielowi, lecz by zrobił
odpowiednie, oszałamiające wrażenie na werbowanych przezeń dystrybutorach.
Dlatego też spotkania i wiece Amwaya aż ociekają socjotechniką
i oszałamiającymi technikami perswazji. Jak mecz hokejowy - zaczynają
się od śpiewania hymnu (zwykle jedynie amerykańskiego, niezależnie
od składu narodowościowego widowni), widownia zostaje nakłoniona
do wzajemnych uścisków, wznoszenia okrzyków, do rytmicznych podskoków
i skandowania nazwisk obecnych na wiecu szczególnie zasłużonych
dystrybutorów. A kto osiągnie kolejny szczebel drabinki kariery,
ten zostaje "zaproszony" na scenę, skąd może już publicznie
podziękować swym dobrodziejom za to, że wprowadzili go w tak wspaniały
świat Amwaya. Program przewiduje zwykle też złożenie uroczystej
przysięgi na wierność fladze amerykańskiej. Swoją drogą - może ktoś
kiedyś zbada jeszcze zgodność z prawem tej ostatniej inicjatywy.
Hiper-patriotyzm amerykański dziwnie zaczyna w tym momencie przypominać
zjawisko, które pod inną szerokością geograficzną i w innych warunkach
politycznych zwykliśmy nazywać sowieckim szowinizmem.
Myli się ten, kto sądzi, że to przypadek, albo efekt osobistych
upodobań twórców Wielkiego Planu. Bezstronna analiza faktów i metod
stosowanych przez korporację prowadzi do stwierdzenia, że - mówiąc
potocznie - jest to propaganda. A mówiąc bardziej naukowo - stosowanie
technik behawiorystycznych. Psychologia behawioryzmu (zainicjowana
zresztą na gruncie amerykańskim) to fragment historii nauk psychologicznych,
niemal powszechnie dziś zdyskredytowany za podstawowe w behawioryzmie
założenie, iż człowiek jest w gruncie rzeczy mechanizmem, a psychiką
człowieka, jak strukturą mechanizmu, można dowolnie kierować. Behawioryści
odrzucali w swych analizach rolę świadomości, a więc i wszystkich
zrodzonych w niej koncepcji etycznych, moralnych, estetycznych,
religijnych. Pozostało badanie mechaniki zachowań człowieka i grup
społecznych oraz wyciąganie z tego klinicznych, dających się zastosować
praktycznie wniosków. A wnioski te sprowadzały się do kwestii: jakie
metody należy stosować, by osiągnąć pożądany efekt. Twórcy Wielkiego
Planu Amwaya w zastosowaniu tych metod osiągają doskonale efekty.
Herr Goebbels i propagandziści sowieccy wiele by się mogli od nich
nauczyć.
A tak a propos - metody psychologii behawiorystycznej były kiedyś
potocznie określane terminem "prania mózgu". Z tak sformułowanym
zarzutem wobec jednego z najbogatszych dystrybutorów Amwaya wystąpiło
do sądu dwóch dystrybutorów niższego szczebla. Sprawę załatwiono
polubownie, ale korporacja zdołała uzyskać od sądu zakaz podawania
do publicznej wiadomości tak tekstów protokołów sprawy, jak i ostatecznych
ustaleń. Prawnicy korporacji musieli pewno z tej okazji, jak sądzę,
uzyskać wysokie premie.
Jeśli więc, Czytelniku, masz do czynienia z jednym z amwayowców,
możesz być pewien, że niemal wszystko, co z jego czy jej ust usłyszysz,
to nie szczerze wyznawana prawda, o której się osobiście przekonał.
To rota, której się wyuczył. Może rzeczywiście jeszcze sam w nią
przynajmniej częściowo wierzy, a może tylko woli się sam przed sobą
nie przyznawać, że idzie na pasku mistrzów propagandy, bo mu za
to obiecano "wolność", "niezależność finansową",
"poczucie dumy z własnych osiągnięć", "satysfakcję
z tworzenia struktury handlowej". I miliony, albo przynajmniej
setki tysięcy dolarów. Że szanse na dotknięcie tych bogactw ma mikroskopijne
(przypominam - 95% dochodu idzie do kieszeni 0,2% najwyższych rangą),
a tymczasem robi ludziom wodę z mózgów - to już jego sprawa.
Przeglądając materiały prasowe dotyczące działalności Amwaya, obok
zrozumiałych komplementów dla finansowego sukcesu korporacji notującej
obroty rzędu miliardów dolarów, natknąłem się na znaczną ilość mało
pochlebnych dla niej stwierdzeń. Że jest to struktura wykorzystująca
ciężką pracę wyjątkowo nisko płatnej (w realnych pieniądzach, a
nie w snach) siły roboczej dystrybutorów, że jest ona podręcznikowym
przykładem imperializmu ekonomicznego (Amway, w odróżnieniu od innych
korporacji, tzw. "trans-nationals", najchętniej sprzedaje
swym klientom produkcję amerykańską, a nie stara się o rozwinięcie
produkcji lokalnej w krajach, w których działa), wreszcie - że działalność
sieci dystrybutorów Amwaya przypomina pod pewnymi względami struktury
mafijne. Chodzi tu przede wszystkim o drastyczną nietolerancję korporacji
na wszelkiego rodzaju krytykę. Trudno oczywiście mówić o stosowaniu
dzisiaj przez wielką i legalnie działającą korporację metod zapożyczonych
od Ala Capone czy Dutcha Shultza, ale w ostatnich latach dwoje pracowników
(nie dystrybutorów) Amwaya, którzy dobrowolnie zrezygnowali z pracy
w firmie, zostało wkrótce potem pobitych przez "nieznanych
sprawców" i - podobno - ostrzeżonych przed ujawnianiem posiadanych
informacji. Policja nie wykryła autorów "delikatnej perswazji",
która dwoje młodych ludzi wysłała do szpitala.
W Toronto działa silna siatka Amwaya w środowisku polonijnym. Mam
nadzieję, że moje artykuły i komentarze nie znikną w najbliższym
czasie z łam "Gazety".
Nie kryję, że nie lubię korporacji Amway i jej dystrybutorów. Dlaczego?
Od ponad dwudziestu lat uprawiam dziennikarstwo i do dzisiaj mogę
z czystym sumieniem podpisać się pod każdym stwierdzeniem, jakie
opublikowałem. Dlatego nie szanuję (mówiąc delikatnie) wszelkiej
maści blagierów, oszołomów, misjonarzy i "naprawiaczy świata"
i dusz ludzkich. Szanuję zaś ludzką wolność i swobodę podejmowania
decyzji, na które nikt nie usiłuje oddziaływać nie-etycznymi metodami.
Zaangażowanie się w dystrybucję towarów Amwaya to także destruktywna
działalność wobec tkanki społecznej. Zaślepieni wizją wielkiego
majątku na wyciągnięcie ręki ludzie rezygnują z wolnego czasu, ograniczają
kontakty rodzinne i towarzyskie, bo trzeba zorganizować "biznesowe
spotkanie", zaniedbują pracę, bo trzeba pojechać na wiec do
Atlanty. Wiele już powiedziano na temat szkód, jakie w wychowaniu
dzieci przynosi zawodowa praca obojga rodziców - a co dopiero, jeśli
obok pracy zawodowej, z której żyją, będą oni jeszcze "dorabiać"
w Amwayu kosztem czasu, jaki mogli by poświęcić dzieciom?
Praca amwayowskiego dystrybutora to też merkantylizacja stosunków
międzyludzkich. Szybko wyczerpie się lista kandydatów do werbunku
spośród rodziny i znajomych. A wówczas pozostaje łapanie za guzik
i pranie mózgów przygodnie spotkanym ludziom albo kelnerowi, który
obsługuje Cię w restauracji. Jeśli, Czytelniku, usłyszysz w słuchawce
głos dawno nie spotkanego przypadkowego znajomego, jeśli zacznie
on (zgodnie z rotą Amwaya) od prawienia Ci komplementów, a następnie
powie, że ma dla Ciebie wspaniały interes do zrobienia - moja rada:
rzuć czym prędzej słuchawkę. To desperat, polujący na Twą pracę,
która jemu przyniesie dochody. To człowiek, który - jak to powiedziała
niedawno jedna z dystrybutorek Amwaya - właśnie postanowił sobie:
Ja jemu (jej) nie przepuszczę.
Nie przypadkiem korporacja nosi nazwę Amway - Amerykańska droga,
amerykański sposób. Potęga ekonomiczna Stanów Zjednoczonych powstała
w oparciu o takie właśnie bezwzględne, wyzyskujące słabszych zasady
rozwoju gospodarczego. Jak legalny jest dziś Amway, tak legalna
była praca dzieci w kopalniach Pensylwanii, a właściciele tych kopalń
też twierdzili, że pomagają w ten sposób biednym rodzinom. Business
is business, silniejszy wygrywa, a słabsi i mniej obrotni... Stąd
imponujące wieżowce Manhattanu i obecność amerykańskiego biznesu
w każdym kraju świata. Zarazem jednak - stąd getta Detroit i trzydzieści
pięć milionów obywateli najbogatszego państwa świata, których nie
stać na wizytę u lekarza. Nie przypadkiem natomiast Amway, mimo
wieloletnich prób, nie może jakoś odnotować sukcesów na terenie
takich rozwiniętych gospodarczo i charakteryzujących się wysokim
poziomem rozwoju społecznego państw jak Francja czy Anglia.
Jeśli - jak twierdzą amwayowcy - taka jest przyszłość, jeśli w
tym kierunku ma zdążać cywilizacja świata zachodniego, ja z tej
amerykańskiej drogi do szczęścia rezygnuję.
|