Uniknęliśmy katastrofy

Ponad rok temu napisałem - aczkolwiek na innych łamach - że jestem przeciwnikiem zabiegów o organizację Igrzysk Olimpijskich 2008 roku w Toronto. Dostało mi się wówczas od czytelników za brak patriotyzmu i ambicji, ale dzisiaj z satysfakcją mogę pogratulować sobie samemu (ponieważ do ostatniej chwili zdania nie zmieniłem) i głęboko odetchnąć. Ten jeden ból głowy mieć teraz będą mieszkańcy Pekinu. Zanim jednak ucichły echa słów Juana Antonio Samarancha, wyznaczające wszystkim sportowcom randkę w Pekinie za siedem lat z okładem, już nad brzegiem jeziora Ontario rozbrzmiewać zaczęły głosy, że może by w takim razie w roku 2012. Jak się ta próba skończy - zobaczymy za lat cztery (jeżeli w ogóle znajdą się jeszcze chętni do wyłożenia milionów dolarów na nieskuteczne zabiegi). Tymczasem pora pomyśleć i zastanowić się, dlaczego Toronto tak sromotnie przegrało rywalizację z Pekinem. Nie ma co ukrywać bowiem, że porażka w tej rywalizacji była dotkliwa. Pięćdziesiąt sześć do dwudziestu dwóch to nie jest wyrównana rywalizacja. To bezprzykładne lanie. Dlaczego nam je wymierzono?

Część obserwatorów usatysfakcjonują przebąkiwania o politycznych przesłankach MKOl. i dominującym wpływie samodzierżcy Komitetu, hiszpańskiego dyplomaty. Kto lubi takie proste i łatwe wytłumaczenia - proszę bardzo. Poniższe refleksje kieruję do tych z grona czytelników, którzy lubią nieco głębiej poszperać w materii rzeczywistej i sprawdzić, czy aby na pewno wszystkiemu winien spisek tak zwanych wrogich elementów. Twierdzę, że Toronto przegrało, bo nie zasługiwało na wygraną. A nie zasługiwało z trzech co najmniej względów. Oto one:

Niekompetencja

Lubimy przypominać sobie, w jak wspaniałym mieście przyszło nam żyć i lubimy chwalić się jego osiągnięciami. To znakomicie robi na samopoczucie. Nas, oraz tych, którzy nam to dzień i noc wmawiają - byśmy dali im spokojnie siedzieć w wygodnych fotelach władców tak doskonałego miasta. Mniej chętnie zwracamy uwagę na jego niedostatki i niedociągnięcia, na braki tego miasta i skandaliczną niekiedy nieporadność jego władz.

Nie należy zapominać, że mimo istotnego zaangażowania w taką imprezę jak Igrzyska Olimpijskie wyższych szczebli administracji - w naszym przypadku rządów prowincji i całego kraju - w ostatecznym rozrachunku większość spraw zależy od miasta i ludzi, którzy nim na co dzień kierują. A więc, w przypadku Toronto - od tych samych ludzi, którzy z roku na rok nagle nie potrafią opanować deficytu budżetowego i nie widzą innego rozwiązania jak podwyżka podatków i redukcja usług. A więc - od tych samych ludzi, którzy od kilku lat bezskutecznie zmagają się z astronomicznym problemem likwidacji miejskich odpadków. A więc, od tych samych ludzi, którzy w przeddzień głosowania w wielkim hukiem i hałasem ratują od zamknięcia kilkadziesiąt szkolnych basenów. I oczekują za to pochwał.

Igrzyska Olimpijskie to nie spacerek za miasto. To gigantyczna impreza, która ściąga do miasta niemal dwa miliony ludzi jednocześnie. I z takim to tłumem ma sobie poradzić administracja miasta, która od niemal dwudziestu lat nie potrafiła zbudować metra autostrady na swoim terenie? Toronto ma bodajże najmniej - z wielkich miast kontynentu - danych po temu, by zmorą jego mieszkańców stał się ruch uliczny. Nie ma tu rozczłonkowania terenu wodą, jak w Nowym Jorku i Montrealu, nie ma potężnych rzek przecinających miasto, nie ma skalistego podłoża, nie ma stromych wzgórz wymagających niwelacji. Miasto rozrasta się w niemal idealnych warunkach - na płaskim terenie ograniczonym z jednej tylko strony wodą. Żadną urbanistyczną miarą nie powinno tu być takich korków, jakie od wielu lat stały się zmorą dojeżdżających do pracy w mieście. Nie powinno - a są.

Po dziesięciu latach projektów i rozważań i po pięciu niemal latach budowy (kosztem miliarda dolarów, a więc 10% budżetu całych Igrzysk) ukończono właśnie prace konstrukcyjne nad pierwszą linią torontońskiego metra od czasu uruchomienia systemu przed niemal pół wiekiem. Gigantycznym wysiłkiem władz miejskich i rządu prowincji zbudowano... sześć kilometrów tunelu i pięć stacji. Jeśli zachować takie tempo pracy - do Igrzysk Olimpijskich 2008 roku nie udałoby się wydłużyć tej linii nawet o kolejne pięć stacji. Śmiechu warte.

Jeżeli w takich warunkach ma pojawić się w Toronto z bagażami dwa miliony dodatkowych sportowców, turystów, dziennikarzy, obsługi Igrzysk - to całkiem słusznie MKOl. wybrał Pekin. Już sam pomysł zwiezienia ich wszystkich razem do miasta powinien przerażać rozsądnie myślącego mieszkańca Toronto i okolic. Którędy? Do lotniska w Buffalo i zatłoczoną od dziesięcioleci najstarszą w Kanadzie autostradą QEW? Czy przez remontowane od dziesięcioleci lotnisko Pearsona, które może będzie w stanie przyjąć za siedem lat taki tłum (bo jego przebudową kieruje Amerykanin), ale co dalej z nimi zrobić, skoro już wylądowali? Taksówkami przewieźć na Union Station?

Aż trzy szczeble władz w osobach premiera Chretiena, premiera Harrisa i burmistrza Lastmana zapewniały w ubiegłym roku, że centrum Toronto połączy z lotniskiem szybka linia kolei. Może połączy, a może nie. Na miejscu decydentów z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego postawiłbym wszystkim trzem władcom pytanie - a gdzie panowie po raz ostatni zbudowali coś takiego? Obiecywać, że się zrobi, jest stosunkowo łatwo. Przeprowadzić linię kolejową przez czteromilionową metropolię - nieco trudniej. Od dwudziestu lat wraca jak bumerang sprawa budowy szybkiej kolei (na wzór francuskich pociągów TGV) w tzw. korytarzu, od Windsor do Montrealu i Quebec City. I co? Widział kto taką kolej? Czy może pociągi Via Rail jeżdżą na tej trasie coraz wolniej?

Proszę przypomnieć sobie (kto sięga pamięcią w tak odległe czasy) los autostrady Allena, która miała zapewniać wygodne i szybkie połączenie centrum miasta z jego północnymi obrzeżami. Kilkunastu właścicieli posesji położonych na jej trasie nie zgodziło się na sprzedaż działek i autostrada kończy się na Eglinton Ave, czyli w polu.

Teraz trzeba zawołać fachowca

Igrzyska Olimpijskie dawno już przestały być imprezą, jaką potrafią zorganizować ludzie dobrej woli. To także po części nasza, kanadyjska zasługa, bowiem olbrzymi udział w tej transformacji miał montrealski działacz ruchu olimpijskiego Dick Pound. Mniejsza jednak o sprawcę tego zwyrodnienia - istotne jest, że dzisiaj Igrzyska Olimpijskie to gigantyczne przedsięwzięcie przypominające operację wojskową. Wymaga to doświadczenia, pieniędzy, kwalifikacji i zdecydowania w działaniu. Nikt odpowiedzialny nie powierzy zadania przygotowania takiej imprezy pełnym jeno dobrej woli amatorom.

Czy są w Toronto specjaliści, którzy sprostaliby zadaniu? Nie wiem. Wiem natomiast, że niewiele śladów ich pracy można znaleźć w terenie metropolii. I sądzę, że tak właśnie na problem spojrzeli bywali w świecie członkowie MKOl. Z sympatią, ale bez przekonania w siły, a przede wszystkim w autentyczną wolę torontończyków sprostania zadaniu o które zabiegają.

Skoro mieszkańcy tego miasta nie potrafili skłonić jego administracji do wprowadzenia na co dzień nowoczesnych, imponujących i radykalnych rozwiązań - nie ma sensu ryzykować, że nagle im się to uda dla dobra ruchu olimpijskiego i przyjeżdżających sportowców. Zanim zaczniemy zabiegi o kolejne Igrzyska na pokaz - pokażmy, że coś na tę skalę potrafimy sami dla siebie zrobić. Na przykład - uporządkujmy wreszcie tereny nad jeziorem. Mówi się o tym od roku 1952. Jak dotychczas, z całej tej gadaniny wyrosła jedynie wieża CN Tower, jak samotny palec stercząca wśród niedoróbek i niedokończeń.

Albo - zróbmy coś z tym ruchem ulicznym w mieście. Czas przejazdu przez Toronto, według ustaleń CAA, wydłużył się w ciągu ostatnich piętnastu lat niemal czterokrotnie. Jeśli tak dalej pójdzie, jeżeli nikt nic radykalnego nie zrobi w tej kwestii, przejazd z centrum Toronto, spod Union Station, do granicy Mississaugi w 2008 roku trwać będzie dłużej niż rozgrywany na Igrzyskach bieg maratoński.

Do kolejnego wyścigu o Igrzyska mamy cztery lata. Solennie obiecuję popierać wysiłki o przyznanie Toronto prawa organizacji Igrzysk 2012 roku, jeżeli do tej pory władze i mieszkańcy miasta poczynią konkretne i widoczne postępy w:

- usprawnieniu ruchu ulicznego w mieście;

- ujednoliceniu systemów komunikacji miejskiej w metropolii (nawet Nowy Jork nie ma tylu odrębnych sieci komunikacji miejskiej co Wielkie Toronto);

- likwidacji deficytu lokalowego - tak dla niezamożnych mieszkańców jak i dla gości, którzy nie chcą mieszkać w motelach na Lakeshore;

- rozwiązaniu dramatu finansowego władz miasta.

Hipokryzja

Gdy okazało się, że gospodarzem Igrzysk za siedem lat będzie Pekin, a nie Toronto, kilka osób nieśmiało przebąknęło, że do przegranej ontaryjskiej metropolii przyczynił się także głupi żart jej burmistrza, szeroko omawiany w prasie, radiu i telewizji przez dwa ostatnie tygodnie przed głosowaniem. Nie jestem przekonany, że tak było w istocie. Mam delegatów MKOl. za ludzi nieco mądrzejszych i wierzę, że zrozumieli, iż był to tylko głupi żart, którego nie wypada dosłownie brać do siebie. Nie wątpię jednak, że część z nich wykazała jednocześnie dość inteligencji, by przeniknąć podłoże owej głupoty.

Oto burmistrz miasta, które chwali się swoją różnorodnością etniczną i mozaiką kulturową, przypadkiem wygłasza sąd, na jaki nie pozwoliłby sobie żaden szanujący się polityk w znacznie mniej tolerancyjnym (według miejscowych zapewnień) kraju. Dlaczego? Podłość czy głupota?

Nie mam podstaw, by posądzać burmistrza Lastmana o głupotę. Wymknęło mu się, i to wszystko. Rzecz w tym, iż nie jest dzisiaj dla ludzi inteligentnych żadną tajemnicą, że takie właśnie "potknięcia" są przejawem mrocznych i niewyraźnych procesów, które zachodzą w świadomości autora danej "wpadki".

Nie sądzę, by burmistrz Lastman żywił świadome przekonania rasistowskie. Jest to tym mniej prawdopodobne, jeżeli zważyć na jego własną przynależność etniczną czy kulturową. Wypowiedź Mela Lastmana można jednak interpretować jako przebłysk tego, co w podświadomości tkwi. I burmistrza i wielu innych mieszkańców miasta.

Toronto, a właściwie znaczna część wschodniej Kanady, jest swoistym eksperymentem socjologicznym. Nigdzie na świecie nie ma tak zróżnicowanego etnicznie miasta. I nigdzie na świecie taka liczba społeczności etnicznych nie współżyje na ograniczonym terenie w miarę równie spokojnie i bezkonfliktowo. Wzajemna tolerancja i umiejętność współżycia przedstawicieli różnych kultur, narodowości i wyznań jest wyjątkowym i autentycznym osiągnięciem Toronto na skalę światową. Na tyle wyjątkowym, że trudno w to uwierzyć.

Sądzę, że niesłychanie nachalne, reklamowo-handlowe potraktowanie owej różnorodności i umiejętności współżycia ludzi różnych kultur przez komitet zabiegający o Igrzyska dla Toronto było dla działaczy MKOl. trudne do przełknięcia. Sądzę, że wielu z nich z lekkim powątpiewaniem patrzyło na spektakl jedności w wielości, który im zaprezentowano. A gdy głupi żart burmistrza uchylił (albo: pozornie uchylił) skrawek zasłony - zajrzeli do środka. To, co ujrzeli, mogło kosztować Toronto kolejne głosy w ostatecznym rozrachunku.

Proszę bowiem przypomnieć sobie, że żyjemy w mieście, które uwielbia eksperymenty społeczne. W mieście, które wyjątkowo lubi administracyjnie poprawiać rzeczywistość, w nadziei, że da to kiedyś pożądane (chociaż często sprzeczne z dotychczasową naturą ludzką) efekty. Żyjemy w światowej (poza może Kalifornią) stolicy "poprawiaczy świata".

Toronto jest miastem, w którym można otrzymać bezapelacyjną grzywnę w wysokości 5000 dolarów za zapalenie papierosa w niedozwolonym miejscu - a jednocześnie niebezpieczny manewr przejechania przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, który nagminnie powoduje śmierć kilkudziesięciu ludzi w mieście, karany jest mandatem w wysokości nieco ponad 200 dolarów, od czego zresztą można odwołać się do sądu i uzyskać uniewinnienie.

Toronto jest miastem nachalnie apelującym o czystość, w którym jest mniej ulicznych pojemników na śmieci i odpadki niż w byle powiatowym mieście Polski. Toronto jest miastem, w którym złodziej okradający twój dom, jeżeli w trakcie kradzieży spadnie z drabiny, może podać cię do sądu i uzyskać wyrok zasądzający mu od ciebie odszkodowanie za utratę zdrowia. Toronto jest miastem przejawiającym wyjątkową podobno troskę o dzieci, w którym działa mniej przedszkoli niż w Kaliszu czy Kutnie. Toronto jest miastem, które nakazało policji czynnie zwalczać prostytucję poprzez karanie klientów tej profesji, chociaż sama profesja nie jest czynnością karalną na mocy kodeksu karnego. To miasto, gdzie policja urządza spektakularne naloty na lokale rozrywki erotycznej, ale w którym najbardziej popularna stacja telewizyjna co piątek wieczór emituje filmy pornograficzne. W Toronto można pójść do więzienia za zapalenie skręta marihuany, ale jego władze finansują darmowe rozdawnictwo strzykawek dla narkomanów.

Torontońskie paradoksy prawno-obyczajowe są elementem dodającym miastu uroku. To zjawiska, które sprawiają, że żyje się tu ciekawie. Jest to jednak zarazem - z punktu widzenia szerokiego świata - dziwna i nieco podejrzana egzotyka. A jeśli dojdzie do sprzężenia tej egzotyki z głupim, zabarwionym rasistowsko żartem burmistrza - czyż można się dziwić, że członkowie MKOl. zawahali się?

Hucpa

Na dwa dni przed głosowaniem, w którym nieco ponad setka członków MKOl. miała dać formalny wyraz swojej decyzji, do Moskwy zjechała istna armia torontońskich namawiaczy i nagabywaczy. Nie wystarczył szef komitetu i burmistrz; sprowadzono jeszcze premiera rządu prowincji (skoro to prowincja gwarantowała finanse przedsięwzięcia) oraz premiera całego kraju, skoro był w okolicy, w Europie. Setki przywiezionych do Moskwy ochotników i płatnych agitatorów nękało członków komitetu mówiąc, szepcząc i krzycząc i do ucha: "Głosuj na Toronto! Jesteśmy najlepsi! Tylko Toronto! Toronto to jest to!"

Jestem święcie przekonany, że ta akcja pozbawiła nas poparcia co najmniej kilkunastu członków Komitetu. Od dziesięcioleci świat zna tzw. amerykański system reklamy i perswazji, większość ludzi bywałych w świecie przyzwyczaiła się do tego nieprzyjemnego zjawiska, pogodziła się z jego istnieniem i - w pewnym sensie - wybacza to Amerykanom. Cóż, tacy już są. Taka to amerykańska specyfika. Ludzie znający się na rzeczy patrzą na to z pewnego rodzaju pobłażaniem i traktują amerykańską reklamę z należną jej nieufnością.

Przyzwyczajono się jednak do takiej nachalności tylko w wykonaniu przedstawicieli USA. Wybacza im się to tak, jak niesfornemu dziecku wybacza się wiele jego wybryków, w nadziei, że gdy dorośnie to zmądrzeje. Nie wiem, czy Amerykanie dorosną i zmądrzeją, ale jestem przekonany, że to, co świat przyzwyczaił się traktować u nich jako normalne i wybaczalne - u innych razi i zniechęca.

Od czasów Pierre Trudeau wschodnia Kanada z uporem godnym lepszej sprawy małpuje wszystko co amerykańskie, a w pierwszym rzędzie usiłuje amerykańską hucpą wyleczyć własne prowincjonalne kompleksy. Trzydzieści lat temu Toronto było miastem nudnym, ale przesiąkniętym własną, wyjątkową atmosferą. Było dziewiętnastowiecznym zabytkiem w świecie, który kończył właśnie dwudziesty wiek. Było sobą.

Wówczas to w gronie zakompleksionych torontończyków, którzy chcieli być czymś więcej (nie płacąc jednak za to coś więcej amerykańskiej ceny) zrodziła się koncepcja budowy w południowym Ontario "lepszej Ameryki". Zafundowano nam najwyższą (i najbardziej bezużyteczną) wolnostojącą wieżę na świecie, najszerszą autostradę, najdłuższą ulicę świata, najwięcej języków administracyjnych we władzach metropolii... Kilka dalszych rekordów do Księgi Guinessa wpisujemy nadal, aczkolwiek w nieco osłabionym tempie.

A świat, ku rozpaczy nie rozumiejących niczego torontończyków, śmieje się z zapowiedzi: "Jestem najlepszym burmistrzem, jakiego miało to miasto! Urządzę tu najlepsze Igrzyska Olimpijskie w historii! Będzie naj...!" i nadal - mimo CN Tower i Casa Lomy, mimo karaibskiej Caribany w sercu północnoamerykańskiego miasta, mimo wymiany narodowego sportu Kanady, hokeja na lodzie, na importowane z Kuby (baseball) i Detroit (koszykówka) zespoły amerykańskich lig zawodowego cyrku zdegenerowanej idei sportu - mimo te wszystkie jakże hucpiarskie wysiłki Toronto i okolic świat wybiera się na wielką imprezę Igrzysk Olimpijskich do egzotycznego Pekinu.