Kali pokonał Zawiszę

W aferze wywołanej deportacją rodziny Sklarzyków interesuje mnie - jako felietonistę - jeden właściwie jej aspekt. Nie wnikam w zawiłe rozważania prawnicze, bo to zajęcie dla reportera, rzetelnie wykonywane przez mojego kolegę z łamów "Dziennika". Nie mam chęci na kolejną publicystyczną analizę poczynań biurokratów z ministerstwa imigracji, bo jest to walenie głową w ścianę. Od stu lat resort ten rządzi się swoimi prawami w tym praworządnym skądinąd kraju - i jakoś nikt na to nic nie może poradzić. Albo nie chce.

Nie w głowie mi też emocjonalne roztrząsanie tragedii rodziny wysiudanej przez władze do Polski, bo coś mi się wydaje, że można być wysiudanym w gorsze miejsce.

Pozostaje - jak to śpiewał Wojciech Młynarski - "szczegóła drobna", a mianowicie złożenie przez rodzinę Sklarzyków wniosku o przyznanie im prawa pobytu w Kanadzie na mocy przepisów o ochronie uchodźców. Dla przypomnienia - w roku 1999.

Naraziłem się ostatnio znajomym poruszając ten aspekt sprawy, narażę się więc i gremium polonijnemu czytającemu "Dziennik". Otóż mam czelność twierdzić, że osoba składająca w roku 1999 deklarację, iż jest uchodźcą z Polski, zasługuje co najmniej na lekkie trzepnięcie po palcach. Tłumaczono mi jak chłop krowie na miedzy, że to tylko taka formułka biurokratyczna, że to nic nie znaczy, że...

Ejże.

Sam oglądałem ten papierek lat temu niemal dwadzieścia w Paryżu. Stało tam jasno i wyraźnie, a dla uniknięcia wątpliwości oficer kanadyjskiej służby imigracyjnej przeczytał mi ów tekst powoli i z namaszczeniem: "Czy uważa się Pan za uchodźcę w zrozumieniu tego terminu przewidzianego międzynarodową konwencją w sprawie uchodźców przyjętą przez Organizację Narodów Zjednoczonych?"

Moja odpowiedź złożona w Paryżu wiosną 1983 roku, jeszcze za czasów stanu wojennego generała W. J., nie ma tu nic do rzeczy. Odpowiedź udzielona przez państwa Sklarzyków w roku 1999 - wręcz przeciwnie, ma.

Stoję bowiem na stanowisku, że jak nas widzą, tak nas traktują. Kto w dziesięć lat po formalnym obaleniu systemu komunistycznego w Polsce twierdzi, że jest uchodźcą, że w przypadku powrotu do kraju grozi mu niebezpieczeństwo, że mogą go spotkać prześladowania, bezprawne tortury, a nawet śmierć (tak rozumie kategorię uchodźców konwencja ONZ) ten mija się z prawdą. I to w sposób oczywisty. Proszę mnie nie przekonywać, że kanadyjski urzędnik w roku 1999 nie znał sytuacji panującej wówczas w Polsce. Czyli - mamy do czynienia z jawnym kłamstwem.

"Czy to ma jakie znaczenie?" - pyta potępiający moje wynurzenia znajomy. - "Przecież to się tylko tak mówi. A może im źle doradził prawnik?"

Ano właśnie. Może im źle doradził. Może to kto inny ponosi winę. Albo - to się tylko "tak mówi". "Tak mówimy" my w rozmowie z urzędnikami, "tak mówią" urzędnicy w rozmowach z nami. Nie ma na piasku wyrysowanej ostrą kreską, od której można "tak mówić", więc jak tak dalej pójdzie, zaczniemy "tak mówić" z szefem, kolegą z pracy, znajomymi, żoną, dziećmi. Wkrótce nikt z nikim nie będzie rozmawiał jak człowiek z człowiekiem. Wszyscy będziemy sobie "tak mówić".

Polacy są narodem dumnym. Patriotycznym. Wiernym idei polskości. "Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy" - uczono mnie lat temu trochę z okładem. W domyśle - polskiego harcerza.

Przepraszam szanownych czytelników - czy Zawisza "tak mówił"?

"Chodziło o to, żeby sobie załatwić pobyt w Kanadzie, bo tu chcieli mieszkać" - dodaje całkiem już zirytowany na mnie znajomy.

Ano właśnie. Załatwić sobie. Jak się da - to normalnie. Jak się nie da - naginając prawdę do wymagań przewidzianych przepisami. Byle tylko być pierwszym w kolejce do tego kanadyjskiego raju. A co sobie pomyśli kanadyjski urzędnik rozpatrujący w 1999 roku podanie Polaka o azyl w Kanadzie - mniejsza o to. My wiemy, że jesteśmy patriotyczni, zakochani w swoim kraju i jego kulturze, historii, codzienności. Przywiązani do mazurskich jezior, tatrzańskiej kosodrzewiny i wspaniałych postaci naszej dumnej historii.

A chcemy być uznani za uchodźców z Polski w dziesięć lat po likwidacji PZPR, SB i innych niesmaczków komunizmu - bo tak nam jest wygodniej. Bo nam się to bardziej należy niż niemal czterdziestu milionom uchodźców żyjących po całym świecie w namiotach, bez jedzenia, bez nadziei na lepsze jutro.

Bo to Afgańczycy, Zambijczycy, Malajowie czy Gwatemalczycy. A my - to Polacy. A Polak - to brzmi dumnie.

Przypomniała mi się w związku z tym niemal-afera sprzed lat bodajże dziesięciu. Jeden z torontońskich Polaków zajmował się sprzedażą polis ubezpieczeniowych. Rzecz w tym, że pobierane składki chował do kieszeni, a wystawiane polisy nie były rejestrowane w licencjonowanym towarzystwie ubezpieczeniowym. Liczył na to, że nikt dużej sprawy do firmy ubezpieczeniowej mieć nie będzie, a on wzbogaci się nie tylko o prowizję od sprzedaży, ale i o dość wysokie składki.

Wpadł. Policja wykryła oszustwo i wsadziła go do pudła. Zanim jednak sąd ocenił właściwie jego działalność - w Polonii rozszedł się krótkotrwały swąd. "Znowu szkalują i prześladują Polaka!", "Hańba!", "Na pohybel Kanadolom!" Początkowo policja bowiem wykryła jedynie oszustwa popełniane przez nieuczciwego brokera wobec klientów wywodzących się z pewnego południowo-azjatyckiego kraju. Dopiero w kilka tygodni później wyszło na jaw, że tak naprawdę grube pieniądze zrobił on nacinając rodaków.

I wiedzą państwo - afera ucichła w ciągu jednego dnia. Skoro okradał obcych - był ofiarą Kanadoli. Gdy się okazało, że okradał także swoich - do tiurmy z nim!

Jak to doskonale ujął mistrz Henryk S. - "Jeżeli Kali ukraść krowę - dobrze; jeżeli Kalemu ukraść krowę - źle".

Gdyby państwo Sklarzykowie uwłaczyli czymkolwiek czci i honorowi Polski w gronie polonijnym - mało kto by się przejął ich smutnym skądinąd losem. Skoro jednak napluli na obraz Polski na szerszym forum ogólno-kanadyjskim - zasługują na pomoc i współczucie.

Ha, tak widać być musi. Zawisza, jak wiadomo, dawno nie żyje, a w ogóle to niczego praktycznego nie dokonał.