Anticosti
Quebec

"Tu praca nie męczy", mówi jeden z przewodników na wyspie Anticosti. "Jak może kogoś męczyć praca w raju?"

Od ponad stu lat położona w ujściu rzeki Św. Wawrzyńca wyspa Anticosti wywołuje u odwiedzających poczucie, że znaleźli się w rajskim ogrodzie. I od początku wszelkie próby "poprawienia" natury i zawłaszczenia owym rajskim ogrodem na prywatny użytek spełzają na niczym.

Wyspę Anticosti dla Europejczyków odkrył oczywiście Jacques Cartier, normandzki żeglarz i odkrywca, który pierwszy zawitał do kanadyjskich brzegów, właśnie do ujścia rzeki Św. Wawrzyńca. Ale Cartier nie założył na wyspie żadnej kolonizatorskiej osady, lecz popłynął dalej w górę rzeki, do dzisiejszego miasta Quebec, a jego następcy - do dzisiejszego Montrealu. Anticosti pozostała na uboczu. Zawijali tu czasem w następnych wiekach rybacy, ale próby osiedlenia się na stałe nie dawały wyniku. Król Francji nadał w XVII wieku wyspę Louisowi Jolliet, ale jego syn porzucił posiadłość rodową większą od obszaru całej, na przykład, Belgii. Na ponad sto lat wyspa ponownie powróciła do stanu naturalnej dzikości.

Pod koniec XIX wieku nabył ją "czekoladowy król Francji", Henri Menier, dysponujący wyraźnym nadmiarem gotówki zarobionej na handlu słodkim smakołykiem. Włożył olbrzymie sumy w "ucywilizowanie" swego prywatnego raju. Założył dwa osiedla kolonizacyjne, zatrudnił ludzi do uprawy roli, wybudował sobie wspaniałą willę. Sprowadził nawet do tego łowieckiego raju kilka rodzajów zwierząt łownych. Jako dodatek do atrakcji wędkarskich - Anticosti do dzisiaj uważana jest za najlepsze miejsce na świecie do łowienia pstrągów.

Menier kupił wyspę za 125 tysięcy dolarów, zainwestował w nią prawdopodobnie około 5 milionów i - jak na ironię - jedyne, co po nim na wyspie zostało, to nazwa jedynego dzisiaj osiedla, Port Menier, oraz... sarny. Anticosti posiada najgęstszą populację saren w całej Kanadzie. Początkujący na wyspie kierowcy otrzymują ostrzeżenie: na widok sarny na drodze - hamuj. Ona nie ucieknie. A z willi nie pozostało ani śladu - strawił ją pożar w 1953 roku.

Po latach nieudanych eksperymentów, spadkobiercy "czekoladowego króla" sprzedali wyspę prywatnemu konsorcjum, Anticosti Corporation, które raz jeszcze z dzikiego "rajskiego ogrodu", w jaki wyspa ponownie z uporem zamieniła się, próbowało uczynić raj dla bogatych turystów - zwolenników polowań i wędkarstwa. Za swój "ogródek" uważał ją jeden z najbogatszych ludzi w Kanadzie, najbarwniejsza chyba postać kanadyjskiego biznesu, Paul Desmarais. Ale choć zdołał on opanować zarząd kilkunastu wielkich międzynarodowych korporacji, wyspie Anticosti nie dał rady. Usiłował uruchomić tu przemysł papierniczy, sam korzystał z uroków wyspy, jako że jest zapalonym myśliwym i wędkarzem, ale prywatne tereny łowieckie na Anticosti okazały się nawet jak dla niego zbyt drogą rozrywką. Anticosti Corporation ustąpiła pola i odsprzedała wyspę rządowi prowincji Quebec za sumę niemal 24 milionów dolarów. Jest to do dzisiaj największa pojedyncza transakcja kupna-sprzedaży gruntu w historii kanadyjskiego biznesu.

Władze prowincji, wykupiwszy wyspę, też nie bardzo wiedzą, co z nią zrobić. Na całym jej olbrzymim obszarze mieszka zaledwie około 300 osób, uruchomienie jakiegokolwiek lokalnego przemysłu wymagałoby kolosalnych inwestycji, a i tak nie ma żadnych gwarancji, że byłoby to ekonomicznie opłacalne. Myśli się więc o jakiejś rozbudowie turystyki. Anticosti lubią odwiedzać zamożni (a raczej - bardzo zamożni) miłośnicy polowań i łowienia łososi w niedostępnych rzekach. Lista gości jest rzeczywiście imponująca - niemal wszyscy premierzy Kanady, kilku prezydentów USA i dziesiątki wielmoży światowej finansjery. Ale wszystko to jest aktywnością sezonową, a gdy kończy się sezon, tych kilkudziesięciu ludzi, którzy przy obsłudze takich turystów znajdują zatrudnienie, pozostaje w stanie zawieszenia, do następnego lata. Bardzo długie wakacje.

Maleńka szkoła na Anticosti, w Port Menier, służy 40 dzieciom, które i tak po ukończeniu klas podstawowych muszą wyjechać do liceum na stały ląd prowincji Quebec. A potem - stwierdzają, że nie bardzo jest po co na Anticosti wracać. Chyba że dopiero po latach pracy na stałym lądzie: odzywa się wówczas tęsknota za "rajem" dzieciństwa, gdzie sarny mieszają się z ludźmi, gdzie woda czysta, a trawa zielona i nie zagrożona cywilizacyjnym skażeniem. Więc wracają, przynajmniej niektórzy, ale już jakby na emeryturę, na odpoczynek w "rajskim ogrodzie" czekoladowego króla, w sanktuarium natury, które nawet w epoce podróży kosmicznych i groźnych konfliktów nuklearnych - z powodzeniem opiera się próbom ucywilizowania i upodobnienia do reszty naszej planety.