W zachodniej Kanadzie, w Górach Skalistych,
dwa miasta zasłużyły sobie na miano kurortów turystycznych
- Banff i Jasper. W środkowej i wschodniej Kanadzie, nad brzegami
Atlantyku, dwa kolejne kurorty, popularne przede wszystkim
latem, to Niagara Falls, nad słynnym wodospadem i St. Andrews
w prowincji Nowy Brunszwik, nad zatoką Fundy. |
|
Istniejące już ponad 200 lat miasteczko z początku
walczyło o swój byt jak i inne osady tego regionu. Jego mieszkańcy
uprawiali ziemie, łowili ryby. Powstał drobny przemysł tartaczny
i szkutniczy.
Połowa XIX wieku zagroziła dalszemu istnieniu miasta. Perspektywy
gospodarcze nie były, jak dla większości osad regionu, najlepsze.
A walkę o tytuł głównego ośrodka prowincji Nowy Brunszwik
miasto St. Andrews przegrało z dzisiejszą stolicą, Saint John.
Liczba ludności spadała i St. Andrews mogło przekształcić
się w kolejną osadę-widmo... gdyby nie nagła moda na turystykę.
Druga połowa XIX wieku to okres nieufności wobec naukowej
medycyny. Co zamożniejsi wyjeżdżają do wód chętniej niż odwiedzają
lekarzy. A w St. Andrews - piękne tereny do wypoczynku, znakomite
powietrze morskie, żadnych komarów, które w innych częściach
prowincji stanowią istna plagę, no i dziwny mikroklimat, który
sprzyja leczeniu wszelkich alergicznych schorzeń dróg oddechowych.
Samo miasteczko nie byłoby w stanie oczywiście znaleźć wystarczających
środków finansowych, by rozwinąć się w kurort o znaczeniu
ogólnokrajowym. Z pomocą przyszło potężne przedsiębiorstwo
kolejowe, Canadian Pacific. St. Andrews przypadło do gustu
przewodniczącemu zarządu spółki Sir Williamowi Van Horne,
który dla siebie wybudował tu letnią rezydencję, a dla innych
gości - wspaniały edwardiański komfortowy hotel Algonquin.
Stoi do dzisiaj.
I tak miasteczko problemy z przyszłością miało już rozwiązane.
Do St. Andrews zaczęli regularnie zjeżdżać na letni wypoczynek
mniej i bardziej zamożni kuracjusze. Nawet rodzice przyszłego
prezydenta Stanów Zjednoczonych, James i Sara Roosevelt wykupili
cześć terenu na jednej z wysp zatoki, a trzyletni wówczas
Franklin spędził tu następnie kilka letnich wakacji.
Zwyczaje turystów zmieniały się, więc i sam ruch turystyczny
w St. Andrews dzisiaj nie jest już wiernym odbiciem przełomu
XIX i XX wieku. Coś jednak z tej starej atmosfery w kurorcie
zostało. Nadal nad miastem króluje wspaniały hotel Algonquin,
w którym okna każdego z pokoi oferują imponujący widok na
piękną zatokę St. Croix. W samym zaś miasteczku nie powstały
nowoczesne, aluminiowo-plastikowe hotele i motele, brak tu
nowoczesnych ośrodków handlowych. Z licznymi turystami i ich
potrzebami jakoś radzi sobie normalna sieć sklepów i punktów
usługowych miasteczka, gdzie ponad połowa stojących dzisiaj
domów liczy ponad sto lat, a i budynki sięgające swym rodowodem
200 lat wstecz, do samych początków miasta, nie należą do
rzadkości.
Krzykliwa, jarmarczna turystyka kojarząca się z amerykańską
kulturą to domena innych kurortów wschodniego wybrzeża kontynentu
- Niagara Falls w Kanadzie, czy Atlantic City w Stanach Zjednoczonych.
St. Andrews uniknęło (w znacznym stopniu, oczywiście - na
cuda nie ma co liczyć) odpustowych pamiątek, masowej produkcji
hamburgerów i błyszczących pocztówek. Życie w miasteczku toczy
się wolniej, nadmiar dolarów wydać trudniej, ale za to odpoczynek
- jak mówią mieszkańcy - prawdziwszy. Na lądzie - lasy i łąki,
na wodzie - niezliczona ilość malowniczych zatoczek i wysepek,
aż zapraszających wręcz żeglarzy i wodniaków do zrelaksowanej
włóczęgi. Ot, spokojny kurort. Paradoksalne, a jednak prawdziwe.
|