Nie na wiele się to jednak zdało; szefowie
w Londynie (tym angielskim, nie ontaryjskim) nie zatwierdzili
decyzji, wyznaczyli na nową siedzibę władz dzisiejsze Toronto,
zgodzili się tylko na pozostawienie nowej osadzie dumnej nazwy.
I tak to już pozostało - i Anglia i Kanada maja swoje Londyny,
ale tylko jeden z nich jest stolicą.
A John Graves Simcoe (może nieco zły na to, że pokrzyżowano
mu tak starannie realizowane plany stworzenia "Małej
Anglii" na amerykańskim kontynencie), jedną z pierwszych
decyzji na stanowisku gubernatora Górnej Kanady przemianował
Toronto na York. Ta manipulacja nazewnictwem geograficznym
nie utrzymała się i dzisiaj metropolia Ontario nosi ponownie
swą oryginalną nazwę, chociaż inne przypadki oswajania nowych
miejsc poprzez nadawanie im znanych swojskich nazw przetrwały,
a mapa Ontario upstrzona jest dzisiaj nazwami rodem z całkiem
innych okolic.
A wódz Mohawków Joseph Brant miał okazję ironicznie stwierdzić:
"Generał Simcoe wiele uczynił dla naszego kraju; pozmieniał
w nim wszystkie nazwy."
Osadzie opatrzonej tak dumnym, stołecznym mianem nic to
jednak nie zaszkodziło, a kto wie, może i nawet pomogło. Przez
sto lat z okładem ontaryjski Londyn rósł powoli, ale gustownie.
Dzisiaj, władze Ontario i całej Kanady mogą tylko mieszkańcom
London zazdroscić warunków życia. Ontaryjski London bowiem
to prawdziwa perła miejskich parków i ogrodów.
Trzystutysięczne dzisiaj miasto to stolica regionu południowo-zachodniego
Ontario, czyli skarbnicy sadów, ogrodów i terenów rolniczych
prowincji. A samo miasto sprawia wrażenie, że zakładał je
jakis fanatyk miejskiej zieleni - dosłownie, skąd by nie spojrzeć,
nad London rozściela się kopuła pięknych, starych drzew.
A na ulicach miasta króluje młodzież. Niewielki w końcu
London to siedziba jednego z siedemnastu uniwersytetów prowincji,
Uniwersytetu Zachodniego Ontario. Nie jest to może uczelnia
wsławiona wykładami laureatów nagrody Nobla, czy arcybogatymi
i nowoczesnymi laboratoriami, ale i tak każdego roku na wykłady
uczęszcza tu prawie 50 tysięcy studentów. Innymi słowy - co
piąty mieszkaniec London albo studiuje na Uniwersytecie, albo
też na nim pracuje.
London ma także i swoje nowoczesne śródmiescie, z kilkoma
oszklonymi ze wszystkich stron wieżowcami, a nawet z kłopotami
z zaparkowaniem samochodu. Jest to tylko właściwie jedno główne
skrzyżowanie - gdzieś musi przecież zostać wyznaczony (choćby
dla porządku) geograficzny środek miasta i jego centrum dla
turystów. Kilka kroków od owego śródmiescia, udowadniającego,
że London wie, iż mamy właśnie XXI wiek, miasto składa się
już właściwie tylko z małych domków i olbrzymiego terenu Uniwersytetu.
Nawet o zabytkach natury historycznej trudno tu mówić - mieszkańcom
ontaryjskiego London historia przecieka przez palce, gdy zajęci
są codzienną pracą i korzystaniem z uroków życia w spokojnym,
zacisznym, malowniczym - słowem: sympatycznym mieście.
Wszelkie niemal zdobycze i ułatwienia nowoczesności, bez
wleczonych zwykle jej śladem nieprzyjemności - komfortowe,
prowincjonalne zacisze pośród kwitnących i zielonych pagórków
środkowozachodniego Ontario. Niedaleko stąd do malowniczych
i pełnych ciągle jeszcze dzikich miejsc wybrzeży jezior Huron
i Erie. Niewiele dalej - jeśli komus przyjdzie na to ochota
- do wielkich metropolii: Kanady - Toronto, czy Stanów Zjednoczonych
- Detroit. A na co dzień - spokój i malowniczość miejskiej
zieleni.
Jeśli tylko studenci z Uniwersytetu nie wpadną na pomysł
jakiegoś psiego figla. |